środa, 6 listopada 2013

duje

Piękny film. Zrozumie go dogłębnie głównie ten, któremu wieje w kościach jeszcze przed "halnym".
Miłego dnia!

niedziela, 6 października 2013

sezon na kocie dynie

Niespodziewanie jednej nocy przyszła jesień i opadła cała ściana winogron. Jeszcze wieczorem było zielono, rano z szelestem opadło żółto-czerwone. Koty nosami trącały szybę. Dyniom przemroziło pępowiny i wielkie pomarańczowe piłki plażowe leżą teraz bez łodyg.
Zapętlony czas barwi się na kawowo.
Kończę pisać ostatnie strony artykułu o żywiole ziemi i ciężko spinam pośladki, żeby był na temat, bo ponosi mnie w każdą inną stronę, tylko nie historii sztuki. Panie kustoszki etnografki chichoczą, co mi z tego wyjdzie.
W zasadzie piszę tego posta, żeby polecić nietypowo udany numer Charakterów. Co jakiś czas wydają zeszyt z jakimś tematem, tym razem kolejny o medytacji,  z lekką książeczką o zen (Nr 4/2013 Style i Charaktery). Nie da się streścić wszystkiego, więc poza kilkoma interesującymi artykułami uwagę moją przykuł jeden: Matka medytująca, autorstwa Anne Cushman.  Trochę mnie mierzi wielość amerykańskich ozdobniczków, ale co tam. Sama prawda, pani. Sama. Polecam!

Książeczka o zen została pożarta przeze mnie z kopytami, albowiem wreszcie zrozumiałam przypowieść o wołu, po drugie - obejrzałam dzięki niej jakby od drugiej strony dawno wydaną książkę Miłosza "Wypisy z ksiąg użytecznych", bowiem ci sami cytowani poeci, np D.Levertov są teraz czytani jakby w lustrze. Autor książeczki, Kennedy przywołuje korespondencję Miłosza z .... niespodzianka ;) Malutka uczta smaków w pigułce, polecam!

Ah, jesień! Dynia jest już zupą z kolendrą.

Obrodziły nam też koty! Bardzo proszę! Kto chętny? Trzy malce pręgowate! Matka pół-rasowa, czarna jak diabelska noc, o półdługiej sierści, podgryza miłośnie głaszczących. Też bym gryzła, gdyby ktoś po operacji założył mi różową sukienkę i zawiązał na plecach na pięć kokard. Co za czasy, żeby żeby byle konował zawiązywał kotu sukienkę!
Kotkę może zatrzymamy, ale bardzo Was proszę, bierzcie kocięta!
Czekają prezenty ;)
To tyle z ogłoszeń parafialnych na dziś.





Zdjęcie z głową Victora, dzięki Jego uprzejmości.




czwartek, 8 sierpnia 2013

upalne lwy


Jest lato, jest moc. Obcięłam przed chwilą spodnie nożyczkami kosmetycznymi aż do krótkości. Ciągnę koktajl awokadowy. Zagryzam czekoladą. Sortuję zdjęcia i oto zaraz kilka z nich ukażę.

Odbyliśmy z rodzicami i kuzynem Wojtkiem podróż w czasie i przestrzeni. Czuję się jakbym weszła w świat Podróży Smokiem Diplodokiem. Baranowski szeregiem komiksów objawił mi kiedyś myślenie abstrakcyjne i nieliniowe. Z punktu A do B należy jechać prosto przez L.
Pojechaliśmy więc przez Lwów.
Kuzyn z dawna niewidziany, związany z zupełnie inną przeszłością geograficzną, usiłujący zrekonstruować teraźniejszość wkroczył bez żadnego ostrzeżenia w wir splecionych rodzinnych działań pozatemporalnych. Aparat mrugał kontrolką, pokrowiec roztopił się z upału a my gnaliśmy przez historię.
Miasto oglądane w asyście duchowej pana Kazia - przewodnika miejscowego jawiło nam się jak zestaw slajdów. Snuliśmy się po zacienionych uliczkach i kościołach różnych wyznań, podwórkach, pachnących południem restauracjach. Ludzie tańczyli i śpiewali, celebrując spotkania. Kamienne lwy zerkały z narożnych kamienic i szyldów. W uliczce ze sklepem z manufakturą czekolady tłum rozstępował się przed szczęśliwie pląsającym psem marki kundel, biegającym - jak wszystkie psy we Lwowie - samopas i z wielką energią.
Wysłuchaliśmy ormiańskiego śpiewu kantora o wielkich oczach, kazał nam patrzeć na ołtarz, nie na siebie. Teraz to już amen w pacierzu, jestem Ormianką i koniec. Czotki zakupione,  miniaturowe chaczkary też, odtąd zmęczenie od nas odchodzi i doznajemy nowego napływu sił. Pędzimy na nocne zwiedzanie miasta.

Hotel wita nas czekoladkami na poduszce i bardzo długim bojem, który otwiera nam wszystkie masywne drzwi, czekając wymownie na gratyfikację. Czytamy w przewodniku, że spał w tym budynku nawet sam marszałek Piłsudski. Ja czuję nastrój allenowski i rozglądam się za scenerią kryminału retro. Winda skrzypi i wszystko przypomina mi wędrówkę wehikułem czasu. Jemy najlepsze w życiu śniadanie w wielkiej sali balowej z przeszklonym dachem.
 Przemieszczamy się do Chodorowa, Zagóreczka i Bóbrki.
Poza znalezieniem całkiem konkretnych śladów życia naszych dziadków i pradziadków, resztek domu, całego budynku rodzinnej cukierni, kąpieliska z czarno-białych zdjęć i uliczek, rejestrujemy również całe stada pasących się koni, kóz, gęsi i niekończących się stepów pożniwnych. Całość ogląda się z prędkości "per pedes", czyli istoty dwunożnej ze względu na dziury w drodze krajowej wielkości średniej leżącej kozy.
Moja Mama jako przewodnik, z kserówkami zdjęć budynków, segregatorem notatek, ani na moment nie przestała opowiadać. Wiemy już nawet, którędy szli dziadkowie do pracy i na obiad. Gdzie ćwiczyła gimnastykę Babcia. Gdzie porwał ją wielki wir rzeczny, kiedy otworzyli śluzę. Wiedziała, że nie wolno wpaść w panikę, tylko poddać się i odbić później od dna w bok. Dzięki temu się nie utopiła. Milion historii, krewnych, przyjaźni i merdających psów. Wszystko widzieliśmy, choć już minęło 100 lat.

Panie w eleganckich, niedzielnych, neonowych sukniach paradują na obcasach wzdłuż żaru pól. Panowie zdążyli już szybko zrzucić kościelne lakierki i grają mecz piłki nożnej na pobliskim trawiastym boisku. Dziewczynki idą grzecznie pod ręce obok stadek gęsi. Do tej pory żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. Wtedy chyba po raz kolejny zwątpiłam w sens uchwycenia choćby części tego widowiska.

Wpadamy jak rozpędzona, roześmiana i upocona banda do Oli w Chodorowie, dom wita nas przyjemnych chłodem, barszczem, kompotem z własnego ogrodu, gołąbkami z młodych ziemniaków. Z głębi domu biegnie do nas z całą swoją dwudziestokilogramową miłością Żorka, czarny jamnik. Zza domu spiesznie przybywa Miciek Wątroba, kot o minie hazardzisty. Później dostrzegam, jak wielkie honory dla nas uczynił - zostawił na trawniku mysz, żeby się przywitać. Odtąd nie schodzą nam z kolan nawet w czasie obiadu. Odprowadzają do bramki razem z Olą, pakującą nam rukolę i pomidory z własnego udoju. Witamy się i żegnamy z sąsiadką, odjazd i do granicy.

Zaraz będą zdjęcia.

Uwaga, jedziemy.
Nieostre, bo trzęsło ;)








Ormianie Lwowscy.













Wyjeżdżamy ze Lwowa kierując się w stronę Chodorowa. Nim to jednak nastąpi....




Wojtek fotografuje wojownika z Bóbrki. W herbie rozmodlony bóbr założyciel.



Widok z cmentarza w Bóbrce. W drodze do Chodorowa.





Cmentarz troszkę zarósł.


Tematyczne gumiaczki przeciwżmijowe w kwiaty. Posąg stracił głowę w tym gąszczu.





Wysoko ponad naszymi głowami. Przedzieramy się dalej, do samochodu.









Dawna cukiernia Dziadka. Chodorów.



Cmentarz w Zagóreczku. Mama namawia Wojtka, aby pod prasłowiańskim dębem zapalił znicz dla przodków.




 Tato śpi czekając na resztę rodziny. Dom Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, obecnie chyba poczta ukraińska.

Miciek Wątroba i Żorka.





Doprawdy, szalona wycieczka.....

poniedziałek, 29 lipca 2013

leczo lipcowe

Po kilkudniowych 36-cio stopniowych upałach nadszedł porywisty wietrzyk. Koty studzą się pod pachami wywracając na plecy pod stołem w ogrodzie, pańskie i bezpańskie. Karma nie budzi już zainteresowania. Znajome pomruki dopominawcze o czochraniu wskazują na zwiększoną dozę szczęścia bytowego.
A może to dostatek gryzoni po wczorajszym kombajnie i pszenicy?
Wszystko osiąga apogeum, najwyższy punkt w roku. Bycie w zenicie.

Spaliśmy wczoraj na balkonie, pod rozgwieżdżonym sufitem Drogi Mlecznej. Leciały samoloty, satelity, meteoryty spalały się jak pochodnie. Co chwilę zaglądał do nas nietoperz lotem całkowicie bezgłośnym. Kombajny osiadły dopiero po północy.

Czuję się napełniona opowieścią armeńską, choć nic jeszcze nie usłyszałam. Moja duchowa Siostra z Drugą Siostrą śląską wybyły w Azję przez Imperium Osmańskie w te i nazad, dwuśladem.
Jaszczurki na rozgrzanych drogach zajmują me myśli.

Jeśli znajdę jakieś zdjęcie ilustrujące, to zamieszczę. Tymczasem idę wyłowić muchę z zupy.