niedziela, 26 kwietnia 2015

senna rocznica

Mózg konfekcjonuje sny według własnych ograniczeń. Dano mi ryk syren alarmowych daleko, za przedmieściem, o jedenastej w nocy. Syn wieczorem opowiadał o dniu patrona w szkole. Z całej opowieści zostali wydestylowani tylko tylko kombatanci o przymkniętych oczach, zaduch sali gimnastycznej, za ciasne ubiory galowe, balet dziewczęcy i zionący pies kombatanckiej żony. Przy psie tym syn zajął miejsce siedzące, ramię w ramię, braders in arms. Spojrzenie psa i jego woń zdeterminowało opowieść wojenną. Był też pokaz slajdów pana od historii i fizyki, którzy wybrali się w delegację śladami Wielkich. Później zwiedzano szkolną Izbę Pamięci, w której najważniejszy okazał się hełm niemiecki, na szczęście bez czaszki. Nieobecność właściciela hełmu poruszyła synem.
Wieczorem  wysiadł internet i telefon. Spadło ciśnienie wody w kranie.

W nocy obudziła mnie niepokojąca rzeczywistość wojny, nie czarno-białej i o kiepskiej taśmie, tylko takiej kwietnej, kwietniowej nawet. Wyszłam na parking urzędu, a tam milicyjne nysy i ukraińscy żołnierze zakazują nam opuszczać swoje miejsca. Uciekliśmy lokalnie i globalnie, używając do tego celu drabiny. Przydało się wspomnienie z treningu na drabinkach z sali gimnastycznej. Mąż odgrywa w moich snach role identyczne z tymi na jawie - ratuje z każdej opresji jako miks Rambo i Mc Gywera. Uciekamy wraz z innymi ludźmi przez wysoki żywopłot. Narracja się kończy, serce budzi mnie waleniem w żebra. Podobno 90% koszmarów sennych Polaków jest o spadaniu w przepaść lub/i wojnie, w tym pół na pół o walce z zagrożeniem niemieckim lub rosyjskim. Nawet przez sen popelniam faux-pas.

Zaczynamy dzień w wolnej Polsce, wolnej odwagą i pamięcią o tym, aby zawsze mieć przy sobie rozkładaną drabinę, choćby alu.

niedziela, 22 lutego 2015

aniołowe lowe

Uwielbiam regularnie i bez uprzedzenia
spotykać Agatę bez cienia,
Bo cienia nie wloką za sobą anioły.





--------------------------------------

Nic nie poradzę, uwielbiam!
W celu poznania Agaty pędźcie do Apteki Pod Aniołem w Rzeszowie.
Jeśli ktoś jest fanem Star Treka "Pokolenia", to właśnie ona była doskonałym pierwowzorem postaci Guinan.
http://en.memory-alpha.org/wiki/Guinan

Dodam tylko, że Guinan wypada blado przy Agacie i nie chodzi tu o pigmentację skóry.

czwartek, 5 lutego 2015

niechęci internetowej pamięci

Zdumiewa mnie fakt zaniepokojenia ludzi tym, co podoba mi się na Fejsie. Precyzyjnie mówiąc, ktoś mnie hejtuje, że ja coś lajkuję.
Do tej pory nie zwracałam uwagi, ale zjawisko jest niepokojące i rozkwita. Zadam więc pytanie - czy jeśli w Łańcucie spodobał mi się zamek, sklep mięsny lub ciuchland i o tym powiedziałam Zosi, to dlaczego ta sama Zosia jest oburzona moim lajkiem na fanpejdżu sklepu "Drugie Życie Ciuszka"?

Oczywiście, przyjmuję do wiadomości sytuację, że ja zwyczajnie staję się, hahaha, kontrowersyjna w swoich lajkach. Albo, że drastycznie spada mi wrażliwość i robię się normalnie ordynarna ontologicznie. Też tak być może. Albo, że nie jestem przyzwyczajona do wolnorynkowych zachowań i każdemu może się nie spodobać, że mi się podoba, co się jemu nie podoba. Ale w tym przypadku mam do czynienia z komentarzami osób drugich, do osób trzecich, przy wtórze osób piątych, a nie bezpośrednio do mnie.

Oj, takie tam.

Po drugie - dlaczego ludzie tak niecierpliwie czekają i tropią drobne, nieistotne merytorycznie potknięcia bliźnich?
Gdzie się podziała dawna wspaniałomyślność?
Elastyczność umysłu? Czy wraz z wapnieniem tkanek, sztywnieje umysł?

Oj, takie tam.

Wpis ten powstał na fali niechęci do komentatorów mojej koleżanki Joli, która napisała sympatyczny tekst, a połeczeństwo zrobiło sobie pod nim igrzyska w rzucaniu pizzą i wyzwało jej matkę na pojedynek.

czwartek, 29 stycznia 2015

bocznym torem

Oprócz natłoku rzeczy bardzo ważnych, ciężkich, rozmiękczonych ciągle niszczejącym śniegiem, w żałobie potrójnej i wśród płaskiego milczenia pojawił się on. Ząb mądrości, który podsumował cały zeszły rok. Wbrew lekarzom i prześwietleniom nie przebił czaszki wrastając w oczodół, a dyskretnie poszedł w bok, pod kątem prostym, i jakby poza systemem. Teraz, gdy zapodzieje mi się chlebek ryżowy w odmętach paszczy, między policzkiem a górną szczęką, pogryzę!

Opanowała mnie dziwna nieścisłość, właściwa chyba tym nieszczęśnikom, którzy pochłaniając chlebki ryżowe chodzą z jednym kotem pod pachą i książkami pod drugą.
Żyję tak mocno myślami, że czasem zapominam o mówieniu. Czytam jedną książkę dziennie. Pisania nie zażywam już od dawna, nawet w minimalnych dawkach.

Czy bywało czasem, żeby człowiek wyparował?

Jeśli żałoba staje się chwilami bardziej znośna, to nie z powodu upływu czasu, tylko dzięki oswajaniu pamięci. I dobrze wtedy, kiedy wyrośnie dodatkowe narzędzie do uporania się z trudnością.







piątek, 7 listopada 2014

mikropodróż

Wybrałam się do Anety po cienkiej linii impulsu, który przyszedł z fejsbuka. Muzeum Etnograficzne w Krakowie zainicjowało warsztaty drzeworytu, sublimując wszystkie atuty w jednym miejscu i ściskając je jak gwiazdę neutronową do wielkości dwóch twórczych godzin.

Pomysł odważny, bo oczywiście tak się nie da, ale jako pretekst do ponownego kontaktu z drzeworytami Pawlikowskich, a przede wszystkim z Anetą - niecny i przebiegły!

W wielkiej zadyszce twórczej rzezałyśmy swe linolea, które miały udawać klocki lipowe stosowane onegdaj. Co chwilę jakaś skulona nad dziełem niewolnica - kursantka łapała oddech, po czym w wielkim pośpiechu przybierała pozę gargulca.

Przygoda zaliczona, a nawet więcej - w niedosycie twórczym odwiedziłyśmy Arka w Żywej Pracowni, robiąc wejście smoków (w końcu - Kraków, więc może mało oryginalnie).
Bardzo było warto! Przestrzeń to żywa faktycznie, przestrzenią i czasem nieograniczona, lecz spójna i klarowna.

Wiał Halny, pachnący i ciepły. Wiały zapachy jesieni, nietypowo obecne; kebaby, piekarnie, pachniały ogródkowe kwiaty jesienne, bez Halnego bezwonne i smogowe.
Czas jednak naglił, więc nie mogłam zaplanować nic więcej, jednak mogłam spacerem przemierzyć Kazimierz i pozaglądać w życia podwórkowe. Budynek Kantora wymacałam w zachwycie. Po prawej stronie Wisły i tramwaju serwowano zachód słońca, w lewych oknach srebrny księżyc ogromny.

Autobus gładko jak statek wysunął z dolnej płyty dworca i wbił się na autostradę. Tak miękki, klimatyzowany i panoramiczny jak pojazd kosmiczny. Pasażerowie cisi, po półgodzinie nie wytrzymali i rozdzwonili się do krewnych. Tak oto nucąc cichutko gujarati mantrę stałam się skarbnicą sekretów księdza jadącego na kolonoskopię, a dzwoniącego do zakonnic, pani wracającej do domu po chemii piersi i dziewczyny szantażującej swojego chłopaka przez telefon, że jeśli ją kocha to ugotuje obiad na jej przyjazd. W końcu wytargowała same ziemniaki, więc miłość chyba dogasała, wraz z ulatującą parą. Pan z przodu umawiał się ze znajomymi na wieczorki autorskie, skoro już przybył do Rzeczpospolitej podpisać swoje książki.
Ciekawe, co dowiedzieli się o mnie? Że coś ryłam, odbijałam, żeby rodzina wpuściła koty przez okno?
Że mnie o dziwo plecy nie bolą?

Wielką mą radością są nowe książki, w tym jedna nowość tyniecka, Main w antologii wybranej. To taki deser, że aż żal czytać, narazie przyglądam się okladce, żeby wystarczyło na dłużej.











Kto żyw w Krakowie niech na warsztaty w Żywej się umawia, zrobi o niebo więcej i mądrzej niż my w MEK-u


czwartek, 28 sierpnia 2014

dziecko przedmieść

http://theashleyclements.tumblr.com/post/76757550787/keightmaclean-the-birth-of-suburbia-by




Upały mają podobno wrócić, choc narazie nasz termometr-optymista wskazuje 25 stopni przy realnych 17.
Nostalgicznie się zrobiło.
Moja pani promotor napisała piekną książkę o widokach miast i przedmieść w malarstwie. Krajobraz zmiania się jednak błyskawicznie.

Po dziesięciu latach mieszkania na rubieżach małego miasteczka w sposób naturalny odczytuję sygnały przyrody. Gdzie by mi w bloku przyszło do głowy, że pająki urządzają maratony biegowe na kilka dni przed przymrozkiem? Albo - jeżyny zrywa się wtedy, kiedy juz bardzo lekko trzymają się szypułki, wtedy są samą słodyczą. A cukiń nie trzyma sie do zgigancenia, bo wtedy są żylaste i mają twarde pestki. W mieście inaczej rozmawia się z sąsiadem, przede wszystkim głosem cichym, intelektualnym. Na przedmieściach się krzyczy, krzyczy na 30 i na 300 metrów do sąsiadki, czy ma zarazę w pomidorach i ziemniakach a czym je pryskała.
W każdym miesiącu trawa pachnie inaczej i inaczej nagrzewa się ziemia.











środa, 20 sierpnia 2014

ring the bell of divinity



Nastał mi rok straty ważnych istot.
Po smutkach rodzinnych nadszedł dzień dzisiejszy, snem proroczym poprzedzony. Obudziałam się z myślą, że zmarł B.K.S. Iyengar.
Nie lubię tego uczucia i tego snu, który zawsze ma rację.
Pięknie napisał anonimowy komentator, że guruji (nauczyciel) "opuścił swoje doczesne ciało", a kolejne wpisy pamiątkowe w okienkach stron ogłosiły, że "odszedłem, abyś Ty mógł wyruszyć".

Myślę, że rozpocznie się teraz tydzień intensywnych wspomnień i "numerów specjalnych" magazynów jogi, poświęconych Mistrzowi. Kto z Państwa nie zna, polecam 20-minutowy trailer filmu o nim, który nie został jeszcze ukończony.

Kwinterencja mądrości ciała i ducha, książki, kasety i miesiące wzajemnej nauki nauczyciela i uczniów; pokora, inteligencja, współczucie i uwaga, humor, surowość wglądu i brak kompromisu dla lenistwa i strachu.
Milion cytatów, a ja ciagle pamiętam słowa z Sadhaki.

https://www.fundraise.com/shantigar-foundation-inc/sadhaka-the-yoga-of-bks-iyengar-documentary

"Asany (pozycje fizyczne jogi) są moją modlitwą. Każda komórka ciała ma wygrywać melodię boskości". "Największą przygodą człowieka na ziemi jest jego powrót do Stwórcy.Potrzebuje do tego pełnej kontroli i koordynacji ciała, umysłu, zmysłów i ducha. I to daje joga".

B.K.S. Iyengar jest jednym z ważniejszych nauczycieli hatha jogi dla ludzi zachodu. W wywiadach i książkach opowiada, jak dopasowywał tryb ćwiczeń do zabieganych i niecierpliwych pacjentów. Jego pracę podjął i rozwinął jeden z uczniów, Joseph Pereira, uczeń w stopniu seniora, który jest założycielem fundacji KRIPA w Indiach kripafoundation.blogspot.com [ obecny w filmie Sadhaka]. (Ten katolicki ksiądz gościł w tym roku w Polsce podczas warsztatów jogi we Wrocławiu i Katowicach, jak również w Rzeszowie. Prowadzi prelekcje dla WCCM i grup AA.)

J.Pereira zajmuje się leczeniem uzależnień i przywracaniem zdrowia pacjentom Fundacji w całych Indiach własnie dzięki opracowanym przez B.K.S. Iyengara metodom. Rozwija się cały czas w związku z różnorodnymi potrzebami pacjentów, jak wspominał ostatnio w rozmowie. Przełomowym podejściem w tej terapii okazały się specyficzne cykle asan i pranajamy (ćwiczeń oddechowych) oraz medytacji, a w trakcie zajęć fizycznych ksiądz Pereira używa specjalnych sprzętów, zbudowanych do konkretnych ćwiczeń; pasów, wałków, podpórek i listewek. Daje to niezwykłą szansę, aby słaby i chory organizm krok po kroku doświadczał dobroczynnego działania ćwiczeń. W miarę dokonywania postępów stosuje się mniej tych "pomocy" (choć same w sobie też są bardzo cenne, nawet dla zaawansowanych uczniów).

Na fanpejdżu strony "Iyengar Yoga Center of Boulder" zamieszczono własnie informację od córki. W symbolicznym testamencie Guruji przekazuje swoje techniki i wiedzę wnuczce, aby prowadziła dalej jego dzieło [Wnuczkę można zobaczyć w pierwszych sekwencjach filmu Sadhaka].

Geeta : "Only his body has ended. One person's efforts from inside out, changed the acceptance of yoga throughout the world. Nothing was hidden, from the time he began to practice, to his illness and death. Even last night he was telling Abhijata, "I have shown you all these things, now realize them for yourself." What he has given cannot be encompassed by words. If a disciple is more developed, then that person will understand. What can be said in words, is that he was precious to us."
---- Dr. Geeta Iyengar (his daughter), (Abhijita Shridar Iyengar is his granddaughter)

Jeden dodatkowy topos zwrócił moją uwagę; motyw słabego ogniwa. Iyengar był w dzieciństwie tak chorowity, że nie rokowano mu wielu lat życia. Do klasy jogi trafił "przypadkiem" z innym kolegą i wtrwale ćwiczył nawet wtedy, kiedy kolegi zabrakło. Stał się nauczycielem.
Joe Pereira stosuje to samo narzędzie pracy - jogę - do leczenia najsłabszych, wykluczonych społecznie.
Córka Iyengara - Gita, jak również słynna wnuczka - są nauczycielkami jogi w kraju, gdzie szczególnie trzeba walczyć się o godność i życie kobiet. Moja wiedza jest niewielka, ale może Czytelnik zna inne nauczycielki czy mistrzynie jogi (w linii hinduskiej, nie zachodnioeuropejskiej czy amerykańskiej)?
Byc może joga ocali jeszcze niejedno życie. Jednostkowe, społeczne, kulturowe.





http://igg.me/at/sadhakafilm/x

moja relacja z warsztatów na portalu joga-joga http://www.joga-joga.pl/pl121/teksty1650/metanoia_jogi_kilka_refleksji_na_marginesie_warszt

(niestety, nie działają mi linki w blogu)

wtorek, 12 sierpnia 2014

czynnik pogodowy

Dziś mnie łupie w kręgosłupie i mam wszystko (co będzie) ... we wględzie.

Co się robi, kiedy jest się samemu w domu, gdy zająć można wyłącznie pozycję wyprostowaną, bez zgięć i rotacji? Przed nosem mając grafik dnia, napięty jak skórka na bakłażanie?
Bohatersko przeleżałam cały dzień na płaskiej powierzchni, recytując różańce. Z rozpędu i w szale modlitewnym zrobiłam kilka mali z korali. Z odsieczą zadzwoniła Asia, że już nagrała leki odginające pionizację i przybędzie co sił w koniach mechanicznych.

Dziś lecą w nocy Perseidy, co roku o tej porze wynoszę piernaty na balkon i śpię tam, obserwując jednym okiem niebo.


ps. mój kot pogonił właśnie Świadków Jehowy. Czarny kot w dom, Bóg w dom! Spokój i poczucie sensu powróciło na właściwe miejsce.

Bądźcie ZDROWI!

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

połowicznie sierpniowe śniadanie



Upał jest już jakby jesienny, drzewa mają naszyjniki z owoców, koty panierują się w piachu i wyją do księżyca. Ten jest tak wielki, że płaszczy się na zroszonych nocnych szybach. Jutro będą znów lecieć Perseidy, czy nie trafią w księżyc?

Jak nigdy potrzebuję schować je do kieszeni na później.

Poczekaj, jesień będzie dobra i piękna.

niedziela, 10 sierpnia 2014

(nie)słuszność skończoności



Zupełnie odzwyczaiłam się od pisania bloga.Proszę mi wybaczyć, Panie i Panowie. Jawi mi się jako twór dziwaczny i niezbyt potrzebny choć przysięgłabym, że kiedyś prawdopodobnie służył celom szczytnym i użytecznym.
Powróciwszy z urlopu w górach sączę wspomnienia przez półprzymknięte uszy duszy. Dopiero od niedawna po zamknięciu powiek NIE WIDZĘ ćwiczących obok mnie ludzi i błyskąjących mieczy. Gdy upadnie łyżeczka, nie schylam się po nią w balansującym wygibasie, a poprostu kucam. Obóz Tai Chi był piękny i zróżnicowany. Lepiłam go i urabiałam, a konstelacje zdarzeń układały się same.




niedziela, 23 lutego 2014

zupełnie niewszystko stracone



Wydobyłam się z chaosu w stan, który skutkuje dziwną amorficzną bolączką mózgu - trochę piecze adrenalina z tyłu głowy, odrobinę pali kark, wybrzuszając garb.


Zawisłam zawodowo, naukowo, rodzinnie, duchowo, każdorazowo. Nie nie, to nie depresja! To jakby miarowe śledzenie płatków kurzu w słońcu. Wycofanie do pozycji obserwatora, a może lepiej - ośmiornicy przyczajonej we wnętrzu ceramicznego pustaka na dnie morza. Podglądałam kiedyś taką.

To trochę a propos zabytków - omawiam ze studentami definicje substancji zabytkowej, szukamy granic, absurdów, paradoksów. Zburzenie i wybudowanie domu to replika, kopia, substytut? Czy wolno odrąbać późniejsze przybudówki? Kiedy zabytek jest całością, a kiedy jest "zanieczyszczony" późniejszymi wiekami i czy to możliwe? Czy nas też w życie zanieczyszcza, czy wbudowujemy w siebie kolejne epoki? Co wycina chirurg plastyczny - czy tylko wiszącą tkankę, czy również historię?

Jedynym motywem, który powtarza się w moim życiu ciągle i bez przerwy jest wyciąganie macek i macanie wszystkiego wokół, jak ośmiornica z pustaka. Wchłanianie w siebie wszystkich wrażeń tak łapczywe, że aż zmieniam kształt na chwilę. A później muszę ulepić wszystko to, co zrozumiałam.Wypełniam sobą każdą sytuację, z którą się zapoznaję - jestem amorficzna! Glina ma podobną specyfikę; niby ją kształtujemy a i tak osiągnie jedynie i tylko kształt taki, jaki nadadzą jej nasze palce.
I tak chciałabym uczyć. Aby uczniowie wlepiali w swoje życia wszystko, czego się nauczyli.

Niedawno spotkałam moją panią profesor z liceum. Ćwiczymy teraz na jednej sali gimnastycznej chińską gimnastykę Tai - Chi. W szatni opowiedziałam o swojej niespodziewanej drodze belferskiej, na co pani Renata odpowiedziała - ale ty byłaś skazana na to, byłaś ulepiona do tego! Myślałam, że o tym wiesz!
Nie wiedziałam. Jak dziwnie nie wiedzieć jednak, kim się jest. A później misternie się czołgać i lepić, macać to dno z innymi, podobnymi ludźmi.

Może zupełnie nie wszystko jeszcze stracone.


A teraz zupełnie nieprzebrane morze chaosu, czyli co słychać od listopada:


Dzidzia po operacji przykryta kordełką, bo ma gorączkę



Fred i Dzidzia - naręcze kotów

 anioł Ewy - klasa!




wernisaż wystawy Tomka - Michał zapoznaje się z folderem


walki uliczne i polne





 wykład prof Hellera w Rzeszowie !!! mapa Wszechświata 





                                                       śluby, chrzciny, spotkania po latach!



wędrujące światła


szczęśliwe poczęstunki u Basiu i Tomka ;)


treningi radości !!! Ewa ;)

środa, 6 listopada 2013

duje

Piękny film. Zrozumie go dogłębnie głównie ten, któremu wieje w kościach jeszcze przed "halnym".
Miłego dnia!

niedziela, 6 października 2013

sezon na kocie dynie

Niespodziewanie jednej nocy przyszła jesień i opadła cała ściana winogron. Jeszcze wieczorem było zielono, rano z szelestem opadło żółto-czerwone. Koty nosami trącały szybę. Dyniom przemroziło pępowiny i wielkie pomarańczowe piłki plażowe leżą teraz bez łodyg.
Zapętlony czas barwi się na kawowo.
Kończę pisać ostatnie strony artykułu o żywiole ziemi i ciężko spinam pośladki, żeby był na temat, bo ponosi mnie w każdą inną stronę, tylko nie historii sztuki. Panie kustoszki etnografki chichoczą, co mi z tego wyjdzie.
W zasadzie piszę tego posta, żeby polecić nietypowo udany numer Charakterów. Co jakiś czas wydają zeszyt z jakimś tematem, tym razem kolejny o medytacji,  z lekką książeczką o zen (Nr 4/2013 Style i Charaktery). Nie da się streścić wszystkiego, więc poza kilkoma interesującymi artykułami uwagę moją przykuł jeden: Matka medytująca, autorstwa Anne Cushman.  Trochę mnie mierzi wielość amerykańskich ozdobniczków, ale co tam. Sama prawda, pani. Sama. Polecam!

Książeczka o zen została pożarta przeze mnie z kopytami, albowiem wreszcie zrozumiałam przypowieść o wołu, po drugie - obejrzałam dzięki niej jakby od drugiej strony dawno wydaną książkę Miłosza "Wypisy z ksiąg użytecznych", bowiem ci sami cytowani poeci, np D.Levertov są teraz czytani jakby w lustrze. Autor książeczki, Kennedy przywołuje korespondencję Miłosza z .... niespodzianka ;) Malutka uczta smaków w pigułce, polecam!

Ah, jesień! Dynia jest już zupą z kolendrą.

Obrodziły nam też koty! Bardzo proszę! Kto chętny? Trzy malce pręgowate! Matka pół-rasowa, czarna jak diabelska noc, o półdługiej sierści, podgryza miłośnie głaszczących. Też bym gryzła, gdyby ktoś po operacji założył mi różową sukienkę i zawiązał na plecach na pięć kokard. Co za czasy, żeby żeby byle konował zawiązywał kotu sukienkę!
Kotkę może zatrzymamy, ale bardzo Was proszę, bierzcie kocięta!
Czekają prezenty ;)
To tyle z ogłoszeń parafialnych na dziś.





Zdjęcie z głową Victora, dzięki Jego uprzejmości.




czwartek, 8 sierpnia 2013

upalne lwy


Jest lato, jest moc. Obcięłam przed chwilą spodnie nożyczkami kosmetycznymi aż do krótkości. Ciągnę koktajl awokadowy. Zagryzam czekoladą. Sortuję zdjęcia i oto zaraz kilka z nich ukażę.

Odbyliśmy z rodzicami i kuzynem Wojtkiem podróż w czasie i przestrzeni. Czuję się jakbym weszła w świat Podróży Smokiem Diplodokiem. Baranowski szeregiem komiksów objawił mi kiedyś myślenie abstrakcyjne i nieliniowe. Z punktu A do B należy jechać prosto przez L.
Pojechaliśmy więc przez Lwów.
Kuzyn z dawna niewidziany, związany z zupełnie inną przeszłością geograficzną, usiłujący zrekonstruować teraźniejszość wkroczył bez żadnego ostrzeżenia w wir splecionych rodzinnych działań pozatemporalnych. Aparat mrugał kontrolką, pokrowiec roztopił się z upału a my gnaliśmy przez historię.
Miasto oglądane w asyście duchowej pana Kazia - przewodnika miejscowego jawiło nam się jak zestaw slajdów. Snuliśmy się po zacienionych uliczkach i kościołach różnych wyznań, podwórkach, pachnących południem restauracjach. Ludzie tańczyli i śpiewali, celebrując spotkania. Kamienne lwy zerkały z narożnych kamienic i szyldów. W uliczce ze sklepem z manufakturą czekolady tłum rozstępował się przed szczęśliwie pląsającym psem marki kundel, biegającym - jak wszystkie psy we Lwowie - samopas i z wielką energią.
Wysłuchaliśmy ormiańskiego śpiewu kantora o wielkich oczach, kazał nam patrzeć na ołtarz, nie na siebie. Teraz to już amen w pacierzu, jestem Ormianką i koniec. Czotki zakupione,  miniaturowe chaczkary też, odtąd zmęczenie od nas odchodzi i doznajemy nowego napływu sił. Pędzimy na nocne zwiedzanie miasta.

Hotel wita nas czekoladkami na poduszce i bardzo długim bojem, który otwiera nam wszystkie masywne drzwi, czekając wymownie na gratyfikację. Czytamy w przewodniku, że spał w tym budynku nawet sam marszałek Piłsudski. Ja czuję nastrój allenowski i rozglądam się za scenerią kryminału retro. Winda skrzypi i wszystko przypomina mi wędrówkę wehikułem czasu. Jemy najlepsze w życiu śniadanie w wielkiej sali balowej z przeszklonym dachem.
 Przemieszczamy się do Chodorowa, Zagóreczka i Bóbrki.
Poza znalezieniem całkiem konkretnych śladów życia naszych dziadków i pradziadków, resztek domu, całego budynku rodzinnej cukierni, kąpieliska z czarno-białych zdjęć i uliczek, rejestrujemy również całe stada pasących się koni, kóz, gęsi i niekończących się stepów pożniwnych. Całość ogląda się z prędkości "per pedes", czyli istoty dwunożnej ze względu na dziury w drodze krajowej wielkości średniej leżącej kozy.
Moja Mama jako przewodnik, z kserówkami zdjęć budynków, segregatorem notatek, ani na moment nie przestała opowiadać. Wiemy już nawet, którędy szli dziadkowie do pracy i na obiad. Gdzie ćwiczyła gimnastykę Babcia. Gdzie porwał ją wielki wir rzeczny, kiedy otworzyli śluzę. Wiedziała, że nie wolno wpaść w panikę, tylko poddać się i odbić później od dna w bok. Dzięki temu się nie utopiła. Milion historii, krewnych, przyjaźni i merdających psów. Wszystko widzieliśmy, choć już minęło 100 lat.

Panie w eleganckich, niedzielnych, neonowych sukniach paradują na obcasach wzdłuż żaru pól. Panowie zdążyli już szybko zrzucić kościelne lakierki i grają mecz piłki nożnej na pobliskim trawiastym boisku. Dziewczynki idą grzecznie pod ręce obok stadek gęsi. Do tej pory żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. Wtedy chyba po raz kolejny zwątpiłam w sens uchwycenia choćby części tego widowiska.

Wpadamy jak rozpędzona, roześmiana i upocona banda do Oli w Chodorowie, dom wita nas przyjemnych chłodem, barszczem, kompotem z własnego ogrodu, gołąbkami z młodych ziemniaków. Z głębi domu biegnie do nas z całą swoją dwudziestokilogramową miłością Żorka, czarny jamnik. Zza domu spiesznie przybywa Miciek Wątroba, kot o minie hazardzisty. Później dostrzegam, jak wielkie honory dla nas uczynił - zostawił na trawniku mysz, żeby się przywitać. Odtąd nie schodzą nam z kolan nawet w czasie obiadu. Odprowadzają do bramki razem z Olą, pakującą nam rukolę i pomidory z własnego udoju. Witamy się i żegnamy z sąsiadką, odjazd i do granicy.

Zaraz będą zdjęcia.

Uwaga, jedziemy.
Nieostre, bo trzęsło ;)








Ormianie Lwowscy.













Wyjeżdżamy ze Lwowa kierując się w stronę Chodorowa. Nim to jednak nastąpi....




Wojtek fotografuje wojownika z Bóbrki. W herbie rozmodlony bóbr założyciel.



Widok z cmentarza w Bóbrce. W drodze do Chodorowa.





Cmentarz troszkę zarósł.


Tematyczne gumiaczki przeciwżmijowe w kwiaty. Posąg stracił głowę w tym gąszczu.





Wysoko ponad naszymi głowami. Przedzieramy się dalej, do samochodu.









Dawna cukiernia Dziadka. Chodorów.



Cmentarz w Zagóreczku. Mama namawia Wojtka, aby pod prasłowiańskim dębem zapalił znicz dla przodków.




 Tato śpi czekając na resztę rodziny. Dom Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, obecnie chyba poczta ukraińska.

Miciek Wątroba i Żorka.





Doprawdy, szalona wycieczka.....