poniedziałek, 8 sierpnia 2011

kradzione chwileczki [część 2]

Bardzo spodobała mi się koncepcja bożego czasu, opisywana jako ruch po wznoszącej się spirali*.




Obserwując wzajemne poruszenia, ulotne gesty - a przede wszystkim - świadome zatrzymanie pośpiechu wierzę, że czas spędzony na powolnym smakowaniu obecności drugiego człowieku w działaniu artystycznym, jest właśnie taką strefą wzrostu.
Wzrost odbywa się również w poziomie, kiedy dwóch zatroskanych mężczyzn zasypia na dywanie przy łóżku chorej przyjaciółki, wyglądając jak dwa rozciągnięte lwy, flankujące wejście romańskiego kościoła, pilnujące sanktuarium.




Gąsienica Magda z wyciąganymi wnętrznościami
, wykonana przez Anetę, fragment.




Wtedy szczegóły nie mają znaczenia ;)

Zastanawia mnie tylko, kto wychlustał lekką ręką cały cenny pieprz kajeński ;DDD




I zostawił dwa dziwne urządzenia metalowe w kształcie małych nożyczek w zagadkowej puszcze na tytoń?


* ewiater

7 komentarzy:

Aneta pisze...

Ta hipoteza wyjaśniałaby, czemu czas spędzony u Was ma zupełnie inną jakość, ciężar, gatunek i długość...

Z rzeczy praktycznych: sprawdziłam szybko czy moje nożyczki w kształcie są, ale są.

Dla niewtajemniczonych: fot z trampami, w których jestem nieobecna, natomiast wywłócza się z nich nić, symbolizuje pewne zajęcie fakultatywne, któremu przez część czasu oddawałam się z pasją w odosobnieniu. Prawdę rzeczą autorytety: mieszanie gatunków podejmuje się zawsze na własną odpowiedzialność.

doro pisze...

Mieszanie gatunków w pracach szydełkowych to również wielka odpowiedzialność ;)
Rozmyślam nad turkusowym kalmarem i sprawia mi to wielka przyjemność ;DDDDD

JM pisze...

Pieprz kajeński... hmmm... zabrakło tabaki? ;-)

Aneta pisze...

Psychodeliczny turkusowy kalmar? Hm...

Poleciałam obejrzeć zwierza w całości, bo raczej widuję krojone. Te zawijaski są baaardzo interesujące :DDDD

ewiater pisze...

Ooo, jak miło zainspirować :D Cieszem siem, zwłaszcza, że inspiracja rzeczywiście idzie w ciekawym kierunku :) Te romańskie lwy jakoś mnie tak poruszyły :)

Pozdrawiam serdecznie :)

doro pisze...

JM - wychlustane do lecza. ALE TYLE???? Nie było aż tak pikantne, więc może masz rację, kichali na potęgę, ale zwaliłam winę na deszcz!;)

Anetto - ah-oh! Otrzegam, że zrobię z niego broszkę, więc wiesz, zarezerwuj go na możliwość przypięcia do torebki, na której noszę wszelkie wygibasy szydełkowo- filcowe, jak zieloną gęś od przyjaciółki, ośmiornicę czerwoną od Mei, szarą i różową mysz-kocią zabawkę ukradzioną kotu, tubkę farby przerobioną na broszkę z cynku Paulindy i meny mor.
Ośmiornicę od Hadesa noszę na klacie.

doro pisze...

Ewiater - cala przyjemność po mojej stronie!