czwartek, 10 stycznia 2013

dzień wysokiego pe-ha

A było to tak.
Wszystko zaczęło się niewinnie, wesołym śniadaniem ze spadającym dżemem.
Pies lekko nadgryzł w kuper bażanta i zakrztusił się pierzem.
Włożyłam sobie kanapkę w ucho przy jednoczesnej próbie kontynuowania rozmowy telefonicznej, sprawdzenia na prośbę rozmówcy maila i wydrukowania go.
Dziecko pozostawiło przez nieuwagę zabawkę w szkolnej szatni i słuch po niej zaginął już pół godziny później. Gdy przyszłam zziajana do szkoły po odzyskanie zguby, trwała sesja reanimacyjna świetlicowej dziewczynki, która stuknęła na baranka inną dziewczynkę - pan świetliczan ze stoickim spokojem przykładał jej śnieg z parapetu do guza.
Zgubiłam klucz od szatni dziecka. Pan świetliczan kazał się nie martwić i powiedział, że teraz będą zamykać i odmykać siłą woli. I żebym się nie martwiła zabawką, bo zawsze znajdzie się donosiciel, który uprzejmie zgłosi znalazcę.
W domu zaginęły trampki treningowe i odnalazły się dosyć późno, co zaowocowało spóźnieniem na trening. Były w tym samym miejscu, co zwykle.
Pan zegarkomistrz próbowal naprawic zegarek i zepsuł go jeszcze bardziej, ba, nawet kazał mi się odsunąć od lady, bo mój wzrok powoduje u niego wystrzały teleskopików. Strzeliły już cztery. Stałam z zamkniętymi oczami. Po powrocie do domu dziecko rozpłakało się, że ma pechowy dzień. Spokojnie tłumacząc, że nie ma czegoś takiego jak pech, złamałam mu bransoletę od zegarka...

Czarny Czwartek jednak przeminął około 20 00, planety odsunęły się od siebie a obłoki gwiezdne zawirowały nad eksperymentem z pizzą na mące orkiszowej (jedynie!) i odrobinie proszku do pieczenia. Wyszło chrupiące, aromatyczne cudo. Dodam, że wymyślił i piekł ją Dobry, choć Niezbyt Miły*.

Nad ranem śniło mi się, że jestem w Szwajcarii na nartach. W nocy spadł śnieg. Mamy piątek i coś trzeba z tym zrobić.

Życzę wszystkim zasadowego odczynu na łikend!


* W czasie zeszłorocznej wycieczki po drogach i bezdrożach Podkarpacia całą rodziną syn zapytał teatralnie  pasażerów "Jak się państwu podoba zwiedzanie z nami? Co prawda kierowcę mamy dobrego, ale niezbyt miłego..." tak więc pan mąż został nazwany na nowo, przy salwach, brawach i śmiechach.

5 komentarzy:

M. pisze...

Takie dni się wspomina z rozczuleniem!
Z taką rodziną, Paaani, to wszystko można przeżyć!

Lori pisze...

Doro,nie mam słów... Opisać pe - ha z takim poczuciem humoru, to szczyt dystansu do siebie i życia. Tylko obrać przykład. Masz styl, że HA!!!

doro pisze...

Dziękuję Wam!
Za każdym razem bardzo się dziwię.

Mishka pisze...

Doro, uważaj, za łikendem czai się Blue Monday... Ale po takim Blue Thursday, to dla Ciebie już kromka z dżemem! Nawet jeśli do ucha :)

Sakurako pisze...

Uuuff.. Na szczęście już kolejny tydzień i kolejny czwartek, a ten powinien, dla kontrastu obfitować w wydarzenia szczęśliwie i wszystkim sprzyjające;))
Mam nadzieję, że się wykazał?