Bardzo polecam wyrób własny, zadziwiająco rozgrzewający.
Potrzebujemy do tego:
bulion warzywny z ugotowanemi ziemniakami
pieczarki starte na średnich oczkach tarki
4 cm korzeń imbiru
odrobina chilli
jogurt naturalny lub śmietana
Więc do gorącego bulionu dorzucamy usmażone na masełku pieczarki, doprawione solą i pieprzem. Wąchamy. Jak zapachnie mocno pieczarkowo, dodajemy obrany korzeń, bez tarcia. Korzeń trzeba odłowić, kiedy już się wszystko zagotuje i zabulgocze i zetrzeć na najmniejszych oczkach.
Dodać jogurcik.
Proporcje dowolne, można balansować, można promować jedno albo drugie. Moim zdaniem pieczarki muszą być nuta przewodnią.
Mój mąż dodaje do zupy drobno pokrojone, podsmażone razem z pieczarkami w maśle kawałki ananasa.
Bardzo rozgrzewająca, niecodzienna zupa! Można podać z grzankami czosnkowymi.
Zdjęcia nie ma, bo się nie da, zupa za szybko znika.
Smacznego!
sobota, 5 lutego 2011
piątek, 4 lutego 2011
miałko
Wieje śniegiem lub wszystkim tym, co da się porwać. Dzień jest cały taki... dmuchający? Piekielnie nowy futerał Ibaneza wisi na poręczy jak smętny flak; po trzykrotnym wyszorowaniu szczotką i proszkiem wciąż czuć go zawartością kociego pęcherza. Właściciel śpi zaciskając pięści a kot w ciszy go obserwuje, zbliżając się do poduszki. I tak w końcu obaj odwiedzą Morfeusza. Trzech panów w łóżku, nie licząc psa.
Miałam Wam wrzucić zdjęcie, ale skasowało mi się razem z "Koszem". Czy ktoś wie, jak odzyskać kosz? To szczyt roztargnienia. Jak zgubić rower w trakcie jazdy. Będzie zatem próbka pięknego szkliwa od Batmana, które mi się ostało w aparacie:

miało przypominać skórkę miniaturowej dyni; tak przynajmniej założyłam.
Jak mi haratną miejsce pracy to zostanę gliniarką. Serio.
http://wiadomosci.onet.pl/kraj/przeglosowano-rewolucyjne-zmiany-w-szkolnictwie-wy,1,4165358,wiadomosc.html
Miałam Wam wrzucić zdjęcie, ale skasowało mi się razem z "Koszem". Czy ktoś wie, jak odzyskać kosz? To szczyt roztargnienia. Jak zgubić rower w trakcie jazdy. Będzie zatem próbka pięknego szkliwa od Batmana, które mi się ostało w aparacie:
miało przypominać skórkę miniaturowej dyni; tak przynajmniej założyłam.
Jak mi haratną miejsce pracy to zostanę gliniarką. Serio.
http://wiadomosci.onet.pl/kraj/przeglosowano-rewolucyjne-zmiany-w-szkolnictwie-wy,1,4165358,wiadomosc.html
czwartek, 3 lutego 2011
żeglując po morzu okazji osiadłam na mieliźnie
Nic dodać, nic ująć. Ujęta troską czytelników bloga, ruszyłam na podbój przecen.
Jestem zdruzgotana.
Mając do wyboru pumy po obniżce w kolorze czarnym i fasonie swobodnym po 129 PLN, jak również reboki czarne o fasonie ubliżającym figurze kobiety (nie suchara - kobiety!)po 159 PLN, jak również mając na uwadze szarą szmatę spodniopodobną o tęczowym pasku po 89 PLN udałam się do działu ogólnego, gdzie poza metką mejd in bangladesz nie doszywają już innych firmowych napisów i zakupiłam satysfakcjonujące, luźne, czarne, wygodne, cudownie szczere spodnie dresowe bez zwężeń i ściągaczy, pułapek i anegdot z zaszywkami, w cenie 19 PLN.
Ha!
Odkryłam też, ze zakupy mnie już nie cieszą. Jestem przerażona jak wtedy, kiedy przestała smakować mi kawa i czekolada. Rozpadam się, jak nic! Tracę wszystko, co mnie trzyma przy małych pożądliwościach! Ot, powikłania pogrypowe.
Jestem zdruzgotana.
Mając do wyboru pumy po obniżce w kolorze czarnym i fasonie swobodnym po 129 PLN, jak również reboki czarne o fasonie ubliżającym figurze kobiety (nie suchara - kobiety!)po 159 PLN, jak również mając na uwadze szarą szmatę spodniopodobną o tęczowym pasku po 89 PLN udałam się do działu ogólnego, gdzie poza metką mejd in bangladesz nie doszywają już innych firmowych napisów i zakupiłam satysfakcjonujące, luźne, czarne, wygodne, cudownie szczere spodnie dresowe bez zwężeń i ściągaczy, pułapek i anegdot z zaszywkami, w cenie 19 PLN.
Ha!
Odkryłam też, ze zakupy mnie już nie cieszą. Jestem przerażona jak wtedy, kiedy przestała smakować mi kawa i czekolada. Rozpadam się, jak nic! Tracę wszystko, co mnie trzyma przy małych pożądliwościach! Ot, powikłania pogrypowe.
powrót
trzy kocie twarze
Rothko okienny
Dzień dobry.
Absolutnie i autentycznie nie potrafię się odnaleźć w zdrowotności, więc tkwię w dziwnym rozkroku pomiędzy kaszlem konwulsyjnym, przypominającym i nawykowym, kompulsywnie parząc herbatkę w termosie. Zaraziłam już wszystkich, uchowały się tylko łasice na strychu.
Wczoraj coś grzmotnęło potężnie o dach, zerwaliśmy się z mieszanymi uczuciem tryumfu (ja - będzie okaz meteorytu!!!) i mąk piekielnych (Rychu - trzeba teraz naprawić dach), lecz okazało się, że to kot rzuca dużymi wazonami w stronę szafy z jedzeniem, bo jego klucz nie pasuje już do dorobionych zamków.
Ponawiam przy tej okazji zapytanie grzecznościowe, czy ktoś nie zechciałby kota.
Dziś wreszcie zabieram się do odrabiania lekcji swoich i cudzych, za dom, syna, obiad i plan zajęć oraz początki robienia listy, co jest mi niezbędnie potrzebne do sanatorium. Tak tak, żarty się skończyły. Czas ruszyć na wielką wyprz po dresik!
sobota, 29 stycznia 2011
odc.2, "Sprzymierzeńcy"
Dziennik pokładowy, suplement:
Mamy za sobą tydzień walki z wirusem, który opanował statek. Większość systemów powraca powoli do dawnej sprawności. Nie dokonalibyśmy tego, gdyby nie nagła pomoc z zaprzyjaźnionej jednostki Ford Mondeo TBG; wirus uszkodził bowiem replikatory i racje żywnościowe spadły do minimum, zapewniającego tylko przetrwanie.
Szczególne podziękowania należą się ekipie ratunkowej z Wyspiańskiego i Matejki ;)
Załoga jest osłabiona, ale systemy sprawne. Pracujemy jeszcze nad wymianą gazową, która wciąż budzi poważne zastrzeżenia.
Mamy za sobą tydzień walki z wirusem, który opanował statek. Większość systemów powraca powoli do dawnej sprawności. Nie dokonalibyśmy tego, gdyby nie nagła pomoc z zaprzyjaźnionej jednostki Ford Mondeo TBG; wirus uszkodził bowiem replikatory i racje żywnościowe spadły do minimum, zapewniającego tylko przetrwanie.
Szczególne podziękowania należą się ekipie ratunkowej z Wyspiańskiego i Matejki ;)
Załoga jest osłabiona, ale systemy sprawne. Pracujemy jeszcze nad wymianą gazową, która wciąż budzi poważne zastrzeżenia.
czwartek, 27 stycznia 2011
odc.1, "Intruz"

Z dziennika pokładowego kpt. Doroty Nieboskłon*:
Niedziela, rok gwiezdny 23.01.2011
Mój statek i ja zostaliśmy zaatakowani przez obcą formę życia. Zainfekowane są wszystkie układy. Utrudniona wymiana gazowa i niestabilne osłony. Temperatura statku ciągle wzrasta do 39 i z dużym trudem opada.
Detektor efferalganowy nie sprawdza się tak, jak powinien. Czekamy na dalsze instrukcje Floty.
Koniec meldunku.
----------------------------------------------------------------------------------
* (Ponieważ od 5 dni leżę plackiem i jedyne, co przyswaja mój mózg to filmy s-f, oto skutki. Proszę, nie wzywajcie psychiatry.)
piątek, 21 stycznia 2011
dorób sobie smoka

Klik klik klik klik - klik klik!! - słyszę w drugim pokoju. Klikanie klawiatury (sic!) jest tak szybkie, jak moje, choć syn nie umie pisać. Mamy w domu gościa? Zaglądam do pokoju, wsuwam łeb i pytam - co robisz?
Dziecko, nie przestając pisać:
- "Dorabiam smoki. Włączyłem nową kampanię!"
I wytłumacz, że nie wolno, skoro się da! Jak się da, to wolno! Czeka nas znowu dłuższa lekcja wychowawcza.
To by było na tyle.
http://smokpomoc2.bloog.pl/kat,407689,index.html?ticaid=6ba3c
środa, 19 stycznia 2011
zakot[ł]owało się

U Akemi wiosennie rzęzi kot, u Paulindy pies. Mój Tato jeździ wszędzie z sunią, która wygląda jak krzyżówka lisa z Gremlinsem i jest jedynym zwierzem, jakie znam, które patologicznie kłamie i oszukuje. Mama ma natomiast dwa ulubione krokiety biurkowe do głaskania.
Cypiskówna dotkliwie gryzie, gdy tylko przestaje się ją głaskać do terkotania. Kus Kus zagania mnie chrapliwym mraukiem do łóżka po dwudziestej drugiej, jak owczarek owcę do zagrody na hali.
Mój najmłodszy kot, wyglądający już jak wąż, który pożarł słonia, jest kleptomanem i przeprowadza napadowe wyprawy łupieżcze. Ofiarami są saszetki z kocim pokarmem, które nadgryza i wytuptuje łapami ich zawartość, uroczyście wysysając. Odnalazłam niedawno cmentarzysko wyssanych torebek łiskasa.
Nie wspomnę już nawet o odnalezionych pod "jego" fotelem artefaktach naszych ludzkich gości; pudełko od soczewek kontaktowymi bez tychże, wstążka do włosów, widelec plastikowy, mnóstwo słomek i pędzli (pędzle kradnie wyjątkowo namiętnie), ozdoby choinkowe i rękawiczka koloru cegły.
Po co nam ten cały cyrk, futrzaste kłębowisko roszczeń i wiecznie ośliniona piłeczka, wkładana do łóżka; popodgryzane kwiaty doniczkowe, kłaki wszędzie, oprócz sufitu? Umazane łapami i nosami drzwi i szyby, wymemlane kocyki i kuleczki suchej karmy o programie antystruwitowym, kłujące w bose stopy (bo przecież kapcie już dawno wyniesione w szale psich uniesień na śnieg/deszcz/błoto/do piasku*)?
Z uprzejmości nie wspomnę o truchłach myszy, chrabąszczy i jaszczurek zawijanych skrzętnie w szmatki i chusteczki bądź papier toaletowy; taka paczuszka powinna być jeszcze opisana "na później, nie wyrzucać!!!". A jaka mina obrażona, jaki foch na twarzy przy sprzątaniu! Nie wszystko niestety da się sprawdzić przy drzwiach balkonowych: "stój i pokaż, co masz w pysku?" i tylko zaciśnięte zęby, wystający ogonek i wytrzeszczone oczy winowajcy zdradzają pasażera na gapę.
Dlaczego wciąż potrzebujemy chaosu?

rys: Alli Arnold
http://www.art-dept.com/illustration/arnold/index.html
*niepotrzebne skreślić, ale nie na długo, bo w sumie każde jest aktualne
wtorek, 18 stycznia 2011
urodzinowa kolia z meteorytem?

Wczoraj w nocy mieliśmy na niebie bonus w postaci mało widocznej asteroidy, nazywanej 2011 AN52. Ma według NASA około dziesięciu metrów średnicy i porusza się z dość dużą prędkością: 16 kilometrów na sekundę. Krótko po północy AN52 znalazła się w odległości około 300 tysięcy kilometrów od Ziemi. Taki drobiazg - a cieszy! Jako Układ Słoneczny wśród wielu kosmicznych znakomitości gościliśmy wielokrotnie różne komety, planetoidy i meteoryty. Temat jest rozwojowy i o tyle ciekawy, że warto poczytać o nim więcej. Szczególnie mocno przejęły się nim kiedyś dinozaury.
Ja jednak nie będę dziś robiła wykładu z astronomii, choć bardzo mnie kusi, przyznam się za to do wielokrotnych i gwałtownych przebudzeń tej nocy, kiedy to widząc nadlatującą AN52 wstawałam do pionu po wielokroć. Tak tak, proszę Państwa, lęk przed zbliżającą się kulą rozgrzanej skały jest mi dziwnie bliski i w rankingu snów o zagładzie wygrywa w przedbiegach nawet ze snem o oblanym egzaminie z matematyki.
Skończone 33 to również nie przelewki.
A tu mamy piękny okazek meteorytu. Rozkoszny malec z zawieszką. To tak a propos oswajania kolizji. Kolii z kolizji ;) Przebył bardzo długą drogę, atakowany wiatrem słonecznym i promieniowaniem wszelkiej maści, by na koniec zapłonąć i spaść na powierzchnię Błękitnej Planety.


Dziś dostałam od syna piękne wycinanki, mam w głowie mnóstwo pomysłów na kolejne koszulki z nadrukami; proszę o cynk, jeśli zobaczycie gdzieś czarne koszulki o dobrej gramaturze. Mniam!
ps.
Ściskam Was wszystkich w pasie. Przeżyliśmy ;)
adres zdjęcia gwiezdnego:
http://odkrywcy.pl/kat,1023503,title,Spirala-wokol-planetoidy,wid,12945221,wiadomosc.html
Na zdjęciu planetoida a właściwie kometa (596)Scheila
(fot. Kevin Heider cc by-sa 3.0)
Autor zdjęć biżuterii i projektant - Neores
piątek, 14 stycznia 2011
wyflaczenia osobiste

http://www.art-dept.com/illustration/brown/index.html
Dzień dobry. Mam na imię Doro i mogę przestać pisać bloga, kiedy tylko zechcę. Przyszłam na to spotkanie zwołane przez Akemi , aby wypełnić proroctwo: http://akemi-smalltalk.blogspot.com/2011/01/exhibicjonizm-rulez.html
(...)i nie przerwiesz łańcuszka w dniu onym, kiedy nad Polską zawiśnie czarna chmura, a deszcz siąpić będzie na ...syny tej ziemi. Córek też niż nie oszczędzi, ani sąsiadów. Snuł swe farmazony będziesz w przestrzeni wirtualnej, zajmując czas innym i odciągając ich od zajęć wszelkich, a przeklęty będziesz po wsze czasy przez operatorów sieci komórkowych, gdyż to samo mógłbyś mówić w abonamencie.I spadnie gniew Pana na ciebie, objawi się jako plaga darmowych reklam z wirtualnej wszechpolski.
Tak więc kilka rzeczy, których nikt o mnie nie wie.
1. Kolekcjonuję wycinanki syna. Nie przez znajomości rodzinne - ma fantastyczne wyczucie przestrzeni i wzoru.Dziś na przykład zrobił idealną ośmiornicę. Z każdej wycinanki można robić bezpośrednio skan na koszulkę. Są lekkie i mocne w wyrazie.
2.Nie toleruję siebie - tańczącej. Mam za to olbrzymi zakres tolerancji wszelkich innych fuszerek.
3.Nienawidzę rozmawiać przez telefon. Podczas rozmowy czuję ból mózgu.
4.Kupuję buty z wielką dbałością o to, aby miały zawsze fason zakrywający palce i pięty oraz nie wydawały żadnych dźwięków przy kontakcie z podłożem. Uwielbiam zachodzić ludzi od tyłu i podsłuchiwać, co mówią. W tym celu muszę być niesłyszalna.
5.Uwielbiam spać z kotem i psem oraz dwiema parami dodatkowych nóg ludzkich, rozrzuconych losowo bez związku z kadłubem. Najlepiej, kiedy kot leży na moich plecach.
6. Kocham samotność i samolubne wycieczki do sklepu.
7. Rechoczę przy "Siódmej pieczęci" bo przypominam sobie, że według M.Pythona "zmieniła oblicze kina".
8. W czasie burzy otwieram okna jak nikt nie widzi i wabię pioruny do skarbonki.
9. W dzieciństwie robiłam sekcje zwłok żywym kijankom w przedszkolnym "Kąciku Przyrody" oraz przeciskałam meduzy przez sitko do piasku podczas wczasów nad ciepłym morzem.
10. Świetlisty tunel nie kończy się światełkiem, tylko rykiem chirurga "OBUDZIŁA SIĘ!"
Jako następnych szczęśliwców do łańcuszka typuję:
Kimonka http://kimonek.blogspot.com/
Ulę z bloga "W drodze" http://przekornie.blogspot.com/
Kasię Bajerowicz, Mamę Trzech Świnek, http://mama3swinek.blogspot.com/
Ewiater http://ewiater.wordpress.com/
hds-a http://hamernia.blogspot.com/
Paulindę z bloga "Słowa Malowane" http://slowamalowane.blogspot.com/
Madmargot http://madmargot.blogspot.com/
Oczywiście nie ma musu, jest możliwość ;)
Dziękuję Akemi za zaproszenie!
nie ma sytuacji beznadziejnych
czwartek, 13 stycznia 2011
węzeł gordyjski dobrych intencji

il: http://www.art-dept.com/illustration/waldersten/index.html
Podobno postów nie powinno się pisać w gniewie. Ale to nie gniew, o nie. To uczucie oscylujące pomiędzy chęcią wejścia w gęstą mgłę a waleniem głową w sufit, przy jednoczesnych skokach na trampolinie w niskim pomieszczeniu.
Kota odwrócono ogonem dwukrotnie, po czym zmieniono mu kolor sierści. Mówię o moim zebraniu w pracy i pomysłach pani Łybackiej, dotyczących reform szkolnictwa, a także o przedziwnych dwutorowych wizjach rzeczywistości równoległych, gdzie kubek jest biały, choć jednak jest biały.
Idę jeszcze sobie poskakać, tylko zmienię buty, sport jest zdrowy.
Prawda, że ładna ilustracja?
środa, 12 stycznia 2011
wolno się dziś wczytuję

(il.Bella Foster)
http://www.art-dept.com/illustration/foster/index.html
Znów jestem w hotelu i nie mogę się nadziwić, że widzę wzgórze rozświetlone latarniami domów. Gdzieniegdzie buszują reflektory samochodów, taki niemy teatr z życia nocnego Przemyśla. Zazwyczaj za moim domowym oknem jedynym światełkiem jest księżyc - o ile akurat łaskawie się pojawi.
Dziś jadąc do pracy przyglądałam się odległym polom w kolorach ludowego dywanu - brązy, biele, zielenie w najróżniejszych kombinacjach i zgrupowaniach; rudości gliny, oliwki traw. I to w środku zimy! Jak obyczaj nakazuje teraz to, co się anorektycznie zapisało w notatnikowym aparacie komóry trzeba przenieść na papier.
Walczę jak pantera z kurczącym się indeksem godzin dziennych; w nocy śnią mi się tematy zaliczeń, których nie wysłałam lub wysłałam na zły adres. Zasypiam w samochodzie na dziobaka, stukając skronią w szybę w rytm kolein.
Dyrektor, który opiekuje się muzeum diecezjalnym w pewnym odległym mieście odmówił oględzin obrazów, bo jak to sam określił - nikt nie będzie pisał o jego obrazach. Trudno mówić o tym, że coś tak faktycznie jest jego, no chyba, że w XVIII czy XIX wieku czyli w poprzednim wcieleniu był samym Lippóczym. Może miarą rozwoju człowieka powinien być jego stosunek do własności cudzej i osobistej?
Cóż - sprawa ociera się właśnie jak kot o wyższe instancje, na koniec zostanie podana do wiadomości publicznej i z pewnością o tym u mnie przeczytacie. Nie przegapcie tego odcinka bloga ;D Jak zachowa się bohater naszej opowieści - dowiem się wkrótce i wszystko Wam streszczę.
Tymczasem liczę każdą kostkę i ścięgno po łomocie, jaki spuścił mi dziś kolega podczas partii ping-ponga w kazamatach uczelnianych. Pewien bardzo posępny profesor po raz pierwszy odpowiedział mi na dzieńdobry, co wróży dalszą odwilż i wiatr z południowego wschodu.

(il.Bella Foster)
Niespodziewanie wczoraj wieczorem przyszła mi do głowy jakaś mądra myśl, ale niestety już zapomniałam, co to było. Wiem tylko, że czytałam książkę o japońskich ogrodach i gdzieś sobie coś zapisałam. Niestety nie ma możliwości znalezienia linku do tej myśli. Zapisany karteluszek starł się, ponieważ posłużył za serwetkę wycinankę z jakimś kolejnym ważnym motywem. Tak to w życiu jest, że jedne mądre pomysły bez żalu umierają w bałaganie nowych.
O 5:40 znów coś mądrego wymyśliłam, prasując bluzkę. Zapisałam jednak to rezolutnie na papierze toaletowym kredką do oczu. Niestety była słabo zastrugana, jak same oczy. Włożyłam ją do szuflady z piżamami i znów wydaje mi się, że znajdę ją dopiero za milion lat. Ot i mądrość kiblowa o świcie. Jem jednak miłorząb japoński, który jest dobry na pamięć. Rok temu pan doktor kazał go jeść również na kręgosłup - podobno pomaga chrząstkom w regeneracji poprzez poprawę mikrokrążenia w malutkich żyłkach i tętniczkach całego organizmu.
Proszę, nie martwcie się o mnie. To tylko brzmi tak dziwnie, ale wszystko jest w porządku.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
coś dla ciała, ducha i umysłu
Postanowienie nastolaty - reaktywacja: codziennie znaleźć chwilę dla zaniedbanych sfer życia. Do wyboru: obejrzeć film, ugotować coś totalnie paszczowego, kupić mały drobiazg.
No i niestety zrobiłam wszystkie trzy rzeczy na raz, idąc z torbami mentalnymi, duchowymi i finansowymi.
Poziom samozadowolenia, jednak, celujący ;D
Na zdjęciach - imbirowy pstrąg i ryż z garam masala; otagowane:dla ciała.
PS Pozdrowienia dla Agatki gmerającej w blogach!
PS @ I dla wszystkich buszujących w zbożu ;))
niedziela, 9 stycznia 2011
ochroniarz muzyki
Łikend egzaminacyjny już za mną, śnieg zniknął w ciągu kilku godzin i sanki poszły w odstawkę. Kot z cichym westchnieniem i wierzganiem żyrafy uwikłanej w sieć rybacką przyjmuje tabletki na przeziębienie.
Wieczór wczorajszy i dzisiejszy obfitował w dania z toną imbiru i świeżej papryki, na fali zachwytu nowym smakiem obejrzeliśmy z ochroniarzem wersję reżyserską ulubionego "Star Trek" z 1979 roku.
Rzucając z dzieckiem okiem w stronę Kuchni TV skonstatowaliśmy z niedowierzaniem, że ludzie nieco powariowali, czyniąc ze zdrowej kuchni kuriozum na miarę trzeciej ręki; pańcie w kolorowych fartuszkach z uśmiechem wałkowały tezy o przydatności warzyw w naszej kuchni; robiły wieczorki autorskie w amerykańskich bibliotekach nakładając zdumionym, rozentuzjazmowanym i zaskoczonym bibliofilom sałatkę z groszku cukrowego i truskawek wprost na talerzyki. Trend "zdrowo i lekko" zatacza szeroki kręgi stając się modą i odgórnym trendem - jednak przeciętny polski widz, mając przynajmniej raz dziennie w domu ciepły, świeży posiłek zastanawia się o co to całe hallo - groszek ma u baby za oknem na targu, pomidory od ciotki a pietruszkę hoduje od 15 lat na parapecie tak, jak uczyła go mama a pobliski sklepik posiada jaja od kur grzebiących z ekologicznego wybiegu.
Największe zdumienie wzbudził jednak bukiet dobrych rad jednej z pań prowadzących; zawsze zachowuj czystość w kuchni, sprzątaj po obiedzie, apetycznie nakrywaj do stołu i nie załamuj się, jeśli przytrafi się nieoczekiwana katastrofa, np nagle przyjdą znajomi albo coś ci spadnie, rozpryskując się na podłodze. Według instrukcji należy zachować spokój, pozamiatać większe kawałki a małe pozbierać kromką chleba - pani zademonstrowała czynność pięknym, wieloziarnistym przedstawicielem pieczywowatych. Z dzieckiem popatrzyliśmy na siebie - po kiego grzyba takim pięknym chlebem zamiatać podłogę, skoro niedaleko stoi odkurzacz?
Wdzięczna jestem natomiast za radę i ostrzeżenie - czytaj zawsze ulotkę abyś wiedział, czy nie jesz gatunków chronionych! A CZY TY, DROGI CZYTELNIKU, ZASTANAWIAŁEŚ SIĘ NAD TYM, KOMPONUJĄC MENU? Nie jedzmy bielików, pandy, morświnów i rysi, nie róbmy sałatki z szarotki alpejskiej!
A propos tematyki okołokuchennej, dziecko dostało od Babci kalendarz z morską akwariową padliną - przepiękne zdjęcia skorupiaków, w większości krewetek o dziwnym, drapieżnym, demonicznym spojrzeniu. Łypią teraz na mnie, przypominając o hurtowych zakupach imbiru i czosnku, jako panaceum na odwilżową chrypkę.
piątek, 7 stycznia 2011
środa, 5 stycznia 2011
Dwa bardzo męczące dni

Sklasyfikowałam oddech jako towar deficytowy.
Noworoczne postanowienia łażą za mną i podgryzają nogawki jak psy. Poczucie winy przynosi mi kapcie. Poszukiwanie straconego czasu mości gniazdko absurdu na fotelu.
Kot ma katar. Dacie wiarę?
Pozdrowienia dla (nowopoznanego) Cypisa i ancynamonowego Arka; wojowników i architektów swej świetlanej nieodległej przyszłości oraz Tomka, który nie dał się złamać brakiem piłeczki ping-pongowej w kazamatach uczelnianych;)
André Derain
1880-1954
Three Trees, L'Estaque
ca. 1906
Olej na płótnie
100.3 x 79.9 cm
Photo © Israel Museum, Jerusalem, by Avshalom Avital
poniedziałek, 3 stycznia 2011
przez chwilę byłam tobą!
Dzień dobry, pobudka, czy już wstaliście, ptaszęta moje? Bo ja od 6:70, to znaczy 07 wyrabiam po dwie kawy (zapominam o pierwszej), kotu kroję pomarańczę i usiłuję doprać plecaczek dziecka, które uprzejme było nie wyciągnąć nadgryzionej mandarynki z dnia 20 grudnia, w związku z czym strój gimnastyczny zzieleniał i porósł. Oczywiście zeszyt od muzyki się nie znalazł.
Dwóch rzeczy bardzo szukam, a właśnie jedną znalazłam; ogromnie podoba mi się to pierwsze zdjęcie:

fot.Racheal Zimminski

fot.Doron Guild

fot.Martha Ray
Jessica Sue Layton i jej wcielenia
A o tej pani możecie poczytać w internecie, wystarczy wyguglać sobie Jessica Sue Layton; przez niemal rok opiekowała się domami i mieszkaniami znajomych, którzy ją o to prosili. Nie prosili jednak o to, aby tam mieszkała, fotografowała w ich ubraniach, układała książki według kolorów na półkach,aby wynosiła z ich domów drobne przedmioty i tworzyła z nich ekspozycje i pseudo "sklepik" z dokładnym opisem co i komu zarąbała z domu, uwzględniając te dane na metkach. Nie działała jednak jak chochlik czy troll, ale raczej jak... duch dobrej wróżki, która czasem pije z czyjegoś kubeczka... zostawiając mu w zamian nowy kubeczek, krusząc sztywne przyzwyczajenia jak świąteczne bombki w pudełku.
To działanie podoba mi się podwójnie.
Rozejrzyjcie się uważnie. Może i w Waszych domach była już Jessica pod Waszą nieobecność ;)
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,80530,8613523,Zobacz__co_zwinelam_z_twojego_domu.html
A tu pan, który wkłada głowę w różne miejsca, kiedy ma dosyć sztuki po-nowoczesnej.
http://piotrbies.blox.pl/html
Mam dobry humor i mnóstwo pracy - czego i Wam życzę!
I pomyślcie... komu ze znajomych coś zmienić w domu ;)))
Co by Was najbardziej wkurzyło? Zmiana kolejności ułożenia płyt CD? Nowe widelce? Zmiana firanek na ciężkie zasłony? Logowanie się za Was na Waszych własnych blogach?
Dwóch rzeczy bardzo szukam, a właśnie jedną znalazłam; ogromnie podoba mi się to pierwsze zdjęcie:

fot.Racheal Zimminski

fot.Doron Guild

fot.Martha Ray
Jessica Sue Layton i jej wcielenia
A o tej pani możecie poczytać w internecie, wystarczy wyguglać sobie Jessica Sue Layton; przez niemal rok opiekowała się domami i mieszkaniami znajomych, którzy ją o to prosili. Nie prosili jednak o to, aby tam mieszkała, fotografowała w ich ubraniach, układała książki według kolorów na półkach,aby wynosiła z ich domów drobne przedmioty i tworzyła z nich ekspozycje i pseudo "sklepik" z dokładnym opisem co i komu zarąbała z domu, uwzględniając te dane na metkach. Nie działała jednak jak chochlik czy troll, ale raczej jak... duch dobrej wróżki, która czasem pije z czyjegoś kubeczka... zostawiając mu w zamian nowy kubeczek, krusząc sztywne przyzwyczajenia jak świąteczne bombki w pudełku.
To działanie podoba mi się podwójnie.
Rozejrzyjcie się uważnie. Może i w Waszych domach była już Jessica pod Waszą nieobecność ;)
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,80530,8613523,Zobacz__co_zwinelam_z_twojego_domu.html
A tu pan, który wkłada głowę w różne miejsca, kiedy ma dosyć sztuki po-nowoczesnej.
http://piotrbies.blox.pl/html
Mam dobry humor i mnóstwo pracy - czego i Wam życzę!
I pomyślcie... komu ze znajomych coś zmienić w domu ;)))
Co by Was najbardziej wkurzyło? Zmiana kolejności ułożenia płyt CD? Nowe widelce? Zmiana firanek na ciężkie zasłony? Logowanie się za Was na Waszych własnych blogach?
czwartek, 30 grudnia 2010
w nowym roku
środa, 29 grudnia 2010
szalenie dobre naleśniki, czyli booooosze, co ty masz na biurku??
Zgubiłam i zjadłam zdjęcie naleśników, Ciocia Terenia zrobiła wyborny farsz, tolerując mój warzywnizm, do tego emmentaler na ciepło i bazylia okienna, mmmm!
W tytule okrzyk mojego męża, z którym rychły rozwód przepowiada mi z gwiazd i tarota moja Mama, z powodów zabałaganionych, lecz bajecznie potrzebnych zaraznatychmiast każdej kobiecie przy pracy.
Uwaga, zdjęcie nie było pozowane. To chyba pierwsza prawdziwa prawda o mnie na tym blogu. Wszystko inne było sfabrykowane.
Dostałam w jednej pracy kalendarzyk, ma mnóstwo dziwnych świąt, np "dzień dziwaka" (7.01.piątek) i "dzień sprzątania biurka" (8.01.sobota).
A Bydluck stwierdził: kto prowadzi bloga, temu śmierdzi noga.
odkułam się!
poniedziałek, 27 grudnia 2010
czasem warto poświęcić nos, aby ocalić duszę
czy istnieje jeszcze jakaś forma życia we Wszechświecie, po świętach

Dowody są słabe. Oczy błądzą pod powiekami, kot rozgrzebuje kołdrę, jakbym była górą kompostu. Światło stłumione, rozproszone, bo okna pod czapą śniegu. Po co montować rolety? Czuję się jak foka pod wodą, bez widocznego przerębla.
Odzyskałam pierwszy ze spokojów, spokój pozorny. Ten duchowy pozostał w głuszy i nawet nie pamiętam, jak kiedyś wyglądał.
Ze wszystkich stron zaatakowały mnie egzotyczne zapachy - świec z cynamonem, olejku oregano, kadzideł. Wciąż nie wiem, gdzie jestem. Komórka piszczy, żądna prądu.
czwartek, 23 grudnia 2010
wtorek, 21 grudnia 2010
teologia burzy
Smażąc ryż z imbirem i zalewając w kuchni piwem Tygodnik Powszechny odkryłam, że moje chaotyczne zmagania z niemocą, rozdrażnieniem i nieakuratnością słodkich kartek bożonarodzeniowych ma jednak wymiar metanoi.
Co roku o tej porze jestem bardziej pewna, że nie powinnam świąt obchodzić, albo, że święta nie powinny obchodzić mnie.
Na sam koniec jednak one robią jak mój mąż po kłótni- przychodzą [jak góra do Mahometa] i trącają mnie na wysokości mostka jakimś cynamonowym, niematerialnym "eeej".
I znalazłam ładny fragment Wacława Oszajcy w Tygodniku Powszechnym*:
(...) "Jak widać, to pierwsze Boże Narodzenie nie było znowu takie pastelowe, jak by się nam mogło wydawać.(...)
Miłość, ślub, małżeństwo, ciąża, groźba rozwodu, na głowie dom i wszystko, co się z prowadzeniem gospodarstwa wiąże - jakże to odległe od słodkiej
Madonny z Dzieciątkiem (...)
Ta zwyczajność jest najbardziej przekonującym dowodem na spełnienie proroctw Starego Testamentu, zapowiadających, że Bóg zamieszka z ludźmi po to, by zarówno ziemię, jak i niebo doprowadzić do pełni doskonałości.
Nie dziwmy się zatem, jeśli podczas tych świąt coś w nas zaskomli, coś nocą przerwie sen, muśnie chłodnym oddechem niby skrzydłem. Boże Narodzenie również takie nastroje w sobie zawiera" (...)
Polecam jak zwykle lekturę całego tygodnika, tego i innych numerów, a ja oddalam się w strefę pełni. Obiecanej, tej i przyszłej. Choć na razie w moim sercu burza piaskowa i halny.
*na stronie 8, Nr 51 (3206)
Do zobaczenia w styczniu!
poniedziałek, 20 grudnia 2010
narciarska niedziela
Generalnie - dużo siedzieliśmy... siedzenie sprzyja podziwianiu przyrody!
Czasem jednak wypadało wstać, nietypowo, proszę wycieczki.TAM wstał już księżyc w pełni, pomarańczową pomarańczą świeci.
I uwędzić posiłek trzeba, herbatą z termosu zakąsić, paluszkami z serem i żurawiną poprawić i znów na stok.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

