Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie osobiste. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie osobiste. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 stycznia 2015

bocznym torem

Oprócz natłoku rzeczy bardzo ważnych, ciężkich, rozmiękczonych ciągle niszczejącym śniegiem, w żałobie potrójnej i wśród płaskiego milczenia pojawił się on. Ząb mądrości, który podsumował cały zeszły rok. Wbrew lekarzom i prześwietleniom nie przebił czaszki wrastając w oczodół, a dyskretnie poszedł w bok, pod kątem prostym, i jakby poza systemem. Teraz, gdy zapodzieje mi się chlebek ryżowy w odmętach paszczy, między policzkiem a górną szczęką, pogryzę!

Opanowała mnie dziwna nieścisłość, właściwa chyba tym nieszczęśnikom, którzy pochłaniając chlebki ryżowe chodzą z jednym kotem pod pachą i książkami pod drugą.
Żyję tak mocno myślami, że czasem zapominam o mówieniu. Czytam jedną książkę dziennie. Pisania nie zażywam już od dawna, nawet w minimalnych dawkach.

Czy bywało czasem, żeby człowiek wyparował?

Jeśli żałoba staje się chwilami bardziej znośna, to nie z powodu upływu czasu, tylko dzięki oswajaniu pamięci. I dobrze wtedy, kiedy wyrośnie dodatkowe narzędzie do uporania się z trudnością.







piątek, 7 listopada 2014

mikropodróż

Wybrałam się do Anety po cienkiej linii impulsu, który przyszedł z fejsbuka. Muzeum Etnograficzne w Krakowie zainicjowało warsztaty drzeworytu, sublimując wszystkie atuty w jednym miejscu i ściskając je jak gwiazdę neutronową do wielkości dwóch twórczych godzin.

Pomysł odważny, bo oczywiście tak się nie da, ale jako pretekst do ponownego kontaktu z drzeworytami Pawlikowskich, a przede wszystkim z Anetą - niecny i przebiegły!

W wielkiej zadyszce twórczej rzezałyśmy swe linolea, które miały udawać klocki lipowe stosowane onegdaj. Co chwilę jakaś skulona nad dziełem niewolnica - kursantka łapała oddech, po czym w wielkim pośpiechu przybierała pozę gargulca.

Przygoda zaliczona, a nawet więcej - w niedosycie twórczym odwiedziłyśmy Arka w Żywej Pracowni, robiąc wejście smoków (w końcu - Kraków, więc może mało oryginalnie).
Bardzo było warto! Przestrzeń to żywa faktycznie, przestrzenią i czasem nieograniczona, lecz spójna i klarowna.

Wiał Halny, pachnący i ciepły. Wiały zapachy jesieni, nietypowo obecne; kebaby, piekarnie, pachniały ogródkowe kwiaty jesienne, bez Halnego bezwonne i smogowe.
Czas jednak naglił, więc nie mogłam zaplanować nic więcej, jednak mogłam spacerem przemierzyć Kazimierz i pozaglądać w życia podwórkowe. Budynek Kantora wymacałam w zachwycie. Po prawej stronie Wisły i tramwaju serwowano zachód słońca, w lewych oknach srebrny księżyc ogromny.

Autobus gładko jak statek wysunął z dolnej płyty dworca i wbił się na autostradę. Tak miękki, klimatyzowany i panoramiczny jak pojazd kosmiczny. Pasażerowie cisi, po półgodzinie nie wytrzymali i rozdzwonili się do krewnych. Tak oto nucąc cichutko gujarati mantrę stałam się skarbnicą sekretów księdza jadącego na kolonoskopię, a dzwoniącego do zakonnic, pani wracającej do domu po chemii piersi i dziewczyny szantażującej swojego chłopaka przez telefon, że jeśli ją kocha to ugotuje obiad na jej przyjazd. W końcu wytargowała same ziemniaki, więc miłość chyba dogasała, wraz z ulatującą parą. Pan z przodu umawiał się ze znajomymi na wieczorki autorskie, skoro już przybył do Rzeczpospolitej podpisać swoje książki.
Ciekawe, co dowiedzieli się o mnie? Że coś ryłam, odbijałam, żeby rodzina wpuściła koty przez okno?
Że mnie o dziwo plecy nie bolą?

Wielką mą radością są nowe książki, w tym jedna nowość tyniecka, Main w antologii wybranej. To taki deser, że aż żal czytać, narazie przyglądam się okladce, żeby wystarczyło na dłużej.











Kto żyw w Krakowie niech na warsztaty w Żywej się umawia, zrobi o niebo więcej i mądrzej niż my w MEK-u


poniedziałek, 17 grudnia 2012

pulsoprzyspieszacz


Najchętniej nie pisałabym nic. Owo przepełnienie aż do wykipienia niczego jednak kiedyś zniknie, a to niedobrze. Trzeba zapisać, zanotować, aby nie zapomnieć.

Wypieram, alby poukładać myśli na półeczkach. Wypieranie kończy jednak wraz z płynem do czarnego.
Nie wiem jak Wy, ale ja wzięłam adwent na poważnie. Wskoczyłam w niego świeżutko, z lekkim osierdziem, beż żylaków. Pokręciłam się w swoim zadowoleniu, machnęłam szmatką tu i tam. I nagle łomot taki za mną, dosłownie za plecami.

Jedno powiem na koniec, potrzebna jest potężna, przyczajona w skoku CZUJNOŚĆ. Czujność podsycana ciągłą analizą ducha, bezustanna redefinicją. Nie ma raz ustalonych porządków, sensy wirują, robiąc z nas balona. Jeśli stracisz czujność, dostaniesz bolesną lekcję. Czuwajcie.


ps. link do węgierskich ciasteczek podesłany przez Siostrę - dzięki!

piątek, 18 maja 2012

majowe rytuały

Kręcę się, wiercę i wycieram wieloletnie zaniedbania duszy wilgotną ściereczką z płynem.
Już nadchodzi czas zebrania klanu i zadumy nad widzialnym znakiem Niewidzialnego. Jasna koszula wiruje w pralce, ciasta chłodzą w lodówce posypkę migdałową.
Po całym tygodniu zimnego deszczu wyszło słońce.

środa, 23 listopada 2011

dla M.




Naczynie

o nieskończonej głębokości
mieści w sobie
cztery żywioły.

Patrzę jak się zmieniasz
by stać się tym, czym już jesteś.
W skupieniu
mieszam kapustę.






fot:dr
wykonanie:dr

sobota, 9 lipca 2011

śmieciowe zdjęcia




Nie mam dziś humoru, pozwalam sobie na wiele, gdyż jestem nikim. Zgłębiam nieużywane czeluście karty pamięci ----- w tym Mordorze nonsensu znajdują się całkiem sympatyczne [nie]smaczki. Dziś będzie obrzydliwie! Niech zwycięży chaos, śluz i pomyłki, przypadkowe złe sejwy, pomylone balanse bieli, spotforniałe mutanty. Włala!


Ślimak wzbudził mój szczery zachwyt, zwłaszcza w niewymuszonej i eleganckiej konfrontacji ze wstężykiem. Teraz się skulił, ale uwierzcie, rozciągał się do 30 cm podczas spaceru po schodach. Plamki zamieniały się w długie czarne prążki.

Talerz zawierał wyśmienity ryż z kurkami i fetą, niestety ktoś zadzwonił i zjadłam, zanim zrobiłam zdjęcie kurkom. Jeśli lepiej późno, niż wcale, to jednak lepiej wcale, niż za późno, jak widać na obrazku. Manewr z kurkami do powtórzenia - fenomenalne połączenie!

Ludowe książki były mi do czegoś potrzebne, ale zrobiła się i zasejwowała przypadkowa niebieska kreska. Niechże zostanie w hołdzie twórcy niebieskich linii http://edwardkrasinski.blogspot.com/

czwartek, 7 lipca 2011

obłok niewiedzy





Za dużo się dzieje, aby opowiadać.
Przechodzą burze i czerwone tęcze, grusza obrodzi w tym roku wyjątkowo. Nic poza mną nie czeka w takim napięciu na świt. Rozliczam czas podwójnie, to niemal nie do zniesienia.
Zmysły mam ostre jak chory pies.

piątek, 24 czerwca 2011

czasem słońce czasem deszcz


W życiu każdego tygrysa przychodzi taki moment, że trzeba poluzować. Jedni popuszczają gumkę w spodniach, inni spuszczają parę i przysiadają na tyłkach.
Dobra jest tez wyprawa na stary cmentarz, medytacja, głębokie oddychanie, zbieranie kwiatów w polach. Dobre jest dopuszczenie do siebie świadomości o konieczności pogłębionej eksploracji dostępnych obszarów działania - i nie-działania.

Sezon Star Treka się zmienił i awansowałam wstecznie z kapitan Janeway na doradcę Deannę Troy. Nie miałam przy tym nic do gadania - podobna z gęby i biustu, z fryzury, z oczu i temperamentu (w połowie Betazoidka - odsyłam do Wikipedii), koniec-kropka! Bardzo chiałabym być jak Worf, ale na to już wpływu nie mam. Zimna fisza z jasnowidzeniami i empatią, bleh.

Bardzo dziękuję za Wasze trzymanie kciuków - przydały się - na polu moralnym zwyciężyła kompetencja i uczciwość, w życiu politycznym i realnym - niekoniecznie. Przegrać ze złodziejami i oszustami to jednak nie przegrana! Delikatnie wycofamy się zatem za siatkę ogrodzeniową naszych własnych przekonań, pomysłów i energii, wylewając jej nadmiar wiadrami w konkretnie określonych kierunkach - jedynie na żyzną ziemię.

Kimonowi natomiast gratuluję pięknej wygranej w dotychczasowych rozgrywkach półfinałowych! Jestem pewna, że finały będą wyglądały podobnie - można już zacząć świętować.

Znikam znów na kilka chwil - życzę Wam pięknej pogody ducha. Bez gwałtownych opadów!

środa, 15 czerwca 2011

moc lekceważenia banerów




Kurs szybkiego pisania i uczenia się wygląda tak: stos książek, rzut oka na treść i pisanie skryptu nie ruszając palcami. Jak w komiksie Minkiewiczów. "I nie ma no mercy!!!"


Pędzę, lecę, ciocia skraca mnie razem ze spodniami, ołówki zatemperowane, nowy notesik gotowy. Nowy notesik jest wczorajszym podwójnym prezentem od firmy marbet style, która nawet nie wie ile radochy mi sprawiła! Wczoraj gościłam na spotkaniu (Szkolenie ze specjalnym KOMBOSEM - patrz komix) dla architektów wnętrz (choć ja ani architekt, ani wnętrza nie mam zbyt szczególnego), na które się włamałam, zburzyłam harmonię zen nieklimatyzowanego pomieszczenia - na miłość boską - nie idźcie nigdy na konferencję do icam-u rzeszowskiego, to urąga człowieczeństwu! Największym i jedynym wartym uwagi punktem była dwuczęściowa, dogłębna i fachowa analiza trendów targów mediolańskich, wygłoszona ze stoickim humorem w kazamatach ciasnej sali prelekcyjnej przez pana Alfreda Marka (oklaski). Poza tym gdzieś tam, w tym Rzeszowie, musi być jakaś cywilizacja? Obserwujcie uważnie - może się kiedyś pojawi ;)

Która firma może sobie pozwolić na brak postępów w nauce - rok temu było podobnie! Czy tylogwiazdkowy hotel powinien mieć wyłamane zamki w łazience i brak podrurowania do klimatyzacji w drugim pomieszczeniu prelekcyjnym? I dlaczego , organizator szkolenia (bynajmniej nie icam - tam ono się tylko odbywało) rokrocznie nie potrafi zadbać o rzutnik, obecność kabli oraz przygwoździć technika do siedzenia, a panie prowadzące biegają szukając zapodzianych prelegentów, którzy słusznie wyemigrowali cichaczem do klimatyzowanej części i wpieprzają darmowe rogaliki?
Moje wewnętrzne fuj zostało jednak ugłaskane tą jedną, lekką i fachową prelekcją oraz przyklepane faktem, że następne dopiero za rok. O ile zaproszą (nooo, po tym wpisie nie zaproszą;)). O ile odważę się powtórzyć wyczyn ;)

Żegnam Was na czas mej własnej sesji trzydniowej. Nie wiem, co po mnie zostanie. W razie czego mój mąż zamieści ogłoszenie, gdzie można odwiedzić doczesne szczątki.
Życzę Wam mocy LEKCEWAŻENIA BANERÓW REKLAMOWYCH w tej sesji! To niesłychane! naprawdę można to osiągnąć!! Wrócę do Was w pomarańczowych majciochach lub ... na tarczy.

ps. przegapiłam wczorajsze zaćmienie księżyca, to znaczy rzuciłam okiem, ale odcinek Star Treka o ojczystej planecie Daty był zbyt fascynujący, żeby marnować czas na jakieś tam fajansiarskie wejście w cień Ziemi!

rys. i scenario - Minkiewiczowie.
z komiksu "Wilq", Nr 11. kliknij, aby powiększyć!

środa, 8 czerwca 2011

Sen i jawa

Ciocia napisała mi w komunikatorze, że zagląda na bloga, a tam ciągle jednen post - widocznie ciągle źle się czuję.
Ciociu! Już mi lepiej! Uratowana przez tymianek Pauliny, jeszcze z zimy!

Mam strasznego moralniaka po dzisiejszym śnie.
Weszłam do baru, a bardzo się spieszyłam, bo wstąpiłam tylko po butelkę wody i musiałam szybko wyjść do samochodu, w którym czekał mój tato. Jechaliśmy razem do pracy. Przy barze siedział mężczyzna, który zachowywał się tak, jakby na mnie czekał tam codziennie i jakbyśmy się znali od dawna. Pomyślałam, że to tylko pewnie mój wymysł i wyszłam. Zostawiłam jednak portfel na ladzie i musiałam po niego wrócić, no i zaczęła się dzika awantura, kiedy na zdawkowe "cześć, nie pamiętasz mnie?", odpowiedziałam "eee... chyba widziałam cię kiedyś... czy my się znamy?".
Kim był ten furiat, który wkradł się do snu już drugi raz i kogoś mi bardzo przypominał? kolegę z ferii, sąsiada? A może - kim jest teraz?

Właściciel snu proszony jest o odbiór zguby w recepcji. Nie przy barze ;)

rodzinka Adamsów


Spieszę się jak diabli, zanim glina zaschnie. Cały stół zastawiony zawieszkami i innymi cudactwami, bo Basia dała cynk, że na piątek ma być suche. Proszę boga mutantów aby wyrosły mi jeszcze dwie dodatkowe pary rąk, niestety, wyczerpałam limit omnipotencji na ten tydzień.

Łomotanie do drzwi (tu wszyscy łomoczą jak Wikingowie, bo inaczej nikt nie usłyszy) i biegnę odebrać sąsiadce mojego syna, który wręcza mi bukiet kwiatów przychodnikowo-ulicznych i oznajmia "mamy dla ciebie martwego żuka!" Wytrzeszczam oczy na sąsiadkę, sąsiadka pakuje mi do ręki ogromnego martwego chrząszcza po niewątpliwym wypadku komunikacyjnym "podobno je złocisz i syn kazał ci dać".
No i ręce opadają! Bądź tu człowieku tajemniczy, profesjonalny i poważny, a dziecko i tak wypapla, ze jesteś złotnikiem trucheł!
Sąsiadka malarka idzie do swojego domu taplać się w farbach a ja wracam do gliny, kładąc chrząszcza na balkonie w trumience z pudełka od patyczków higienicznych.
O bogu mutantów, strzeż mnie! Nie koniec zawieszek!

Nadciąga burza.

środa, 1 czerwca 2011

doskonałości mówimy nie!






Noc cicha, pachnąca żaroodpornym, niedojrzałym zbożem. Każdy kot wylizuje łapy przed snem, dziecko zasnęło w pół słowa.
Wszystko jest cudownie połowiczne, niedokończone, niepoznane. Jesteśmy bezpieczniejsi, niż nam się wydaje. Strzeże nas nie tylko księżyc w nowiu, z czego cieszą się noworodki pająków!
Niczego nie wiemy. I niech tak pozostanie.

czwartek, 26 maja 2011

"Niewzruszona zmienność w trwaniu. Obiekty efemeryczne"





jak za Gombrowiczem - nowoczesna pensjonarka!







gdy w kadr wdziera się młodość








chwilowy przebłysk świadomości, jakże cenny!









czyli "zdjęcia bez cięcia" - no obróbken! no stajling! full of reality! onli nał!
Wystawa przeplenerowa, wirtualnie nieistniejąca, klisze pamięci z wtorku, kiedy to z właścicielem obecnej w jednym z kadrów nogi przemierzyliśmy odległość dwóch lat świetlnych, snując się po galaktyce rynku i gastronomiach grzankowo - sałatkowych, w otoczeniu książek, z nieodłączną flaszką wody mineralnej, piorąc na brzegu plotek przeszłość i przyszłość. Ciekawe, kogo wtedy uszy piekli? ;D

środa, 25 maja 2011

dowód



Moja szkoła jest dziwna, ale dopiero dziś fragmenty układanki zaczęły do siebie pasować...
Architekci są z Marsa a plastycy z Wenus.
A ja rozdarta na środku polany, jak ta żaba*. Bo i historyk sztuki i architekt konzerwator ;D

Live long and prosper!







-------------------------------------------------------
Król Lew zwołał wszystkie zwierzęta na zebranie w lesie. Na polanie wyznaczył linię i kazał się wszystkim określić - na prawo piękne i przystojne, na lewo mądre. Zakotłowało się, po chwili na środku polany została tylko zirytowana żaba. Lew - dlaczego nie wybrałaś jednej strony? Żaba - bo się nie rozerwę!

niedziela, 15 maja 2011

zapomniałam tabletki na sklerozę czyli o spóźnieniu na zebranie o spóźnianiu się

Poranne życie bywa ekscytujące!
Paradoksalnie łatwiej wstać bez kawy i batonika. Kasza jaglana na słodko, prażona z sezamem, migdałami i miodem załatwiła sprawę nadwyżek ciśnieniowo-cukrowych- zaczynam ogarniać!
Pogoda jest opadowa, więc nastrój dopisuje wszystkim; dziecko odkryło przed wyjściem do szkoły urok błyskawicznie odrabianych lekcji, prawdopodobnie z pośpiechu pobiegło do szkoły w za małych gumowcach, Rychu wymachiwał gałęziami, że spóźni się na poranną reprymendę w sprawie spóźnień do pracy a pies gorączkowo szukał plastikowej pustej miseczki, którą wczoraj zabrał kotu...
... tylko jeden zachował filozoficzny spokój.


Szybko zakończę temat nadrabiania zaległości wykładowych i wrzucę Wam recenzję tego
Otu
fenomenu

Jednocześnie muszę wyrazić tu jeszcze jedną ekscytację --- jestem fanem wyrobów

tego Pana (trzeba pogrzebać w archiwum bloga)



i sójki właśnie się darły za oknem, ze znów coś boruje udarem ;D
fot:KIM

wtorek, 26 kwietnia 2011

między nami pustelnikami



Niepokoję się co raz bardziej. Niepokoję się tym, że się nie niepokoję!
Godzinami dłubię w wymyślonych farmazonach, aby bez żalu je porzucić, kiedy efekt nie spełnia oczekiwań. Zapamiętanie tego, że miałam wysłać życzenia albo zadzwonić danego dnia rano jest już gimnastyką najwyższych lotów. Pies nauczył się przynoszenia dowolnych butów, bo ze wszystkich się cieszę. Nie jem 80 procent produktów żywnościowych. Potrafię długo przyglądać się kamieniom albo owadom. Mówię do drzew i to nie tylko do tych, na których siedzą koty.
I co?
Czasem tylko ktoś mi mówi, że zamieniłam go w Trytona... ale już mu lepiej. I chciałby pożyczyć ode mnie kozę ;D
Może i TY JESTEŚ PUSTELNIKIEM ?

Jedno jest pewne. Nigdy nie wrócę do biura prasowego!


ps. trzymajcie kciuki za dzisiejszy wypał w piecu! [bART - ukłony!]


środa, 29 grudnia 2010

szalenie dobre naleśniki, czyli booooosze, co ty masz na biurku??


Zgubiłam i zjadłam zdjęcie naleśników, Ciocia Terenia zrobiła wyborny farsz, tolerując mój warzywnizm, do tego emmentaler na ciepło i bazylia okienna, mmmm!
W tytule okrzyk mojego męża, z którym rychły rozwód przepowiada mi z gwiazd i tarota moja Mama, z powodów zabałaganionych, lecz bajecznie potrzebnych zaraznatychmiast każdej kobiecie przy pracy.
Uwaga, zdjęcie nie było pozowane. To chyba pierwsza prawdziwa prawda o mnie na tym blogu. Wszystko inne było sfabrykowane.

Dostałam w jednej pracy kalendarzyk, ma mnóstwo dziwnych świąt, np "dzień dziwaka" (7.01.piątek) i "dzień sprzątania biurka" (8.01.sobota).

A Bydluck stwierdził: kto prowadzi bloga, temu śmierdzi noga.

piątek, 26 listopada 2010

bezlik myśli


Dziwna ta jesioniozima. Chyba się rozbestwiliśmy tym ciepłem, słoneczkiem i dyniami. A tu jak siekło przymrozkiem, to pomimo minus jednego czoła nam zmarsowiały.

To była NAJGORSZA zmiana pogody ever! Oszczędzę Wam dramatycznych opisów, co mi się działo na zmianę. W związku jednak z tym, że postanowiłam wbrew wszystkim okolicznościom przyrody już wyzdrowieć na amen, usiadłam do książek, sprawdziłam kolokwium, kilka razy mnie rzuciło w stronę gliny, aż wreszcie z poczuciem winy zrobiłam.. stempel do ceramiki, powiedzmy oględnie, FIRMOWY. Duży wyszedł, cóż - na stopkę fiżylanki się nie nadaje, ale na czajniki i dziwne rzeźby jak najbardziej.

Tak mnie Akemi podjudziła, że teraz zrobię glinianego futrzaka.
Musi być duży, gruby, i doskonale odzwierciedlać moje samopoczucie i wybujałe ego.

Oprócz tego dziecko szalenie zainteresowało się Kosmosem. Siedzimy sobie w atlasach minerałów, astronomii i geografii oraz na Diskawery Czanel. Wczoraj przy kolacji usłyszałam znad talerza zupy - "A wiesz, że Wszechświat jest jak domek z kart, w każdej chwili może się rozsypać?"
Chlebek z dżemem z kiwi ugrzązł mi w gardle, bo my tu spokojnie, hedonistycznie spożywamy, a Ziemia pędzi na złamanie karku przez czarne przestworza międzygwiezdne. Rozumiem, że ktoś stoi w bocianim gnieździe i wypatruje kolizji, ale ...
Dziecko jednak uspokoiło mnie, że i tak mamy potężną ochronę - Jowisza, który swoją masą ściąga na siebie wszystkie kosmiczne śmiecie, oczyszczając drogę Ziemi.

Dziś zakupiłam dziecku podręcznik astronomii. Trzeba kuć żelazo, póki jest jeszcze chleb z dżemem kiwi. Postanowiło pilnie uczyć się matmy i fizyki i być kiedyś astrofizykiem. Bardzo się cieszę, oby szybko, bo już z pewną nieufnością spoglądam w niebo...





projekt/DR

niedziela, 12 października 2008