środa, 11 kwietnia 2012

absolutna wiosna jak sklep z bronią


No i dokonało się - wieje ciepłym. Zwiało już kordłę i koc, piżamę, odnalezione za domem, wydarte spod kociego i psiego kupra rozpostartego. Został mi bowiem podrzucony na dni kilka dodatkowy czworonóg, który uzurpuje kanapę lecz uznaje mnie za królową, powarkując ostrzegawczo na wszystkich innych. W zamian za warczenie muszę gotować mu mięso, bo surowe szkodzi na uszy.
Wariactwo jakby rozkwita, płoży się jak bluszcz, śmierdzi wędzonym dymem ogniska domowego, powoduje ból głowy i obijanie się. Kulminacja emocji cichnie, popioły układają w równe warstwy, rozdeptywane przez jęczącą sójkę rodzaju męskiego, która wciąż znajduje orzechy pod balkonem.
Bardzo dziękuję za kartki, które mnie zawsze zaskakują; gorąco dziękuję Jowicie za książkę! Ogarnęłam mieszkanie i zasiadam do lektury i pisania.
Wreszcie spokój. Wreszcie teraźniejszość, bez żadnych zeszłości.

A syn logicznie gromadzi broń do walki z przyszłymi przeciwnościami. Cieszy mnie to, że podzielił na białą i "inną" (różdżka Harrego Pottera spoczęła za to w koszyczku wielkanocnym).
Choć... do której grupy należy miecz laserowy?

czwartek, 5 kwietnia 2012

sobota, 31 marca 2012

czwartek, 29 marca 2012

Balkon, miejsce siedzące, rząd 7, miejsce 75



Loreena McKennitt, koncert w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu, 26.03.2012
fot:dr



Joe Colombo, koncert w Polskim Radio Rzeszów, 23.03.2012
fot:dr


Wyrzuciło mnie na zakręcie, zatem zwalniam mimowolnie. Łaskawość losu, datki charytatywne na paliwo i urodziny pana męża zaowocowały dwoma świetnymi koncertami oraz wielce sympatyczną podróżą w przeszłość. Ale po kolei.

Dzięki uprzejmości i pamięci Ewy i Wiktora, (organizatorów festiwalu Satyrblues w Tarnobrzegu http://www.satyrblues.pl/) 23 marca udało nam się ukradkiem wpaść na kameralny koncert Joe Colombo, organizowany w Polskim Radio Rzeszów. Sala maleńka, więc tylko ten, kto zamordował swojego słabszego rywala z zaproszeniem mógł się umościć blisko sceny i powiem szczerze, że chętnie z tego skorzystałam.
Joe jest muzykiem niezwykle zdolnym, twórczym i pełnym pasji - to, że nie czytamy o nim na pierwszych stronach czasopism muzycznych (choć "Gitarzysta" i inne periodyki czy portale poświęciły mu już sporo uwagi) to wyłącznie kwestia jego osobistej skromności, ponieważ nie tylko talentem, ale przede wszystkim urokiem osobistym pozamiatał salę (czy może fanki zrobiły to rzęsami?).
Recenzentem muzycznym nie jestem ale trzecie spotkanie ze szwajcarskim mistrzem techniki slide budzi uśmiech serca, stuprocentową satysfakcję dźwiękową i niepowetowany żal, że nie mogłam zostać na wspólne zdjęcie!

https://picasaweb.google.com/112130493971904725832/28Marca2012

myspace
joecolombomusic


Pozdrawiam nowo poznanego sąsiada, który szarmancko zabrał mnie z życiowego rozdroża pod kościołem i dostarczył do celu (czekam na obiecaną płytę!;))

Jest i śląska strona muzycznego medalu. Proszę Państwa - zobaczyłam w Zabrzu Loreenę McKennitt! Niestety tysięczny dziki tłum i balkon na dachu skutecznie uniemożliwiły bardziej cywilizowany kontakt. Płyty podpisywała chętnie i z dużym urokiem, niestety weszło nam już w krew wyrywanie galopem jak narowiste bawoły z powrotem do domu, gdyż urlopu od pracy brak a podwójnie pięciogodzinna podroż daje popalić, zwłaszcza w nocy na polskich drogach.
Nie popełnię grzechu narzekań, ponieważ jest to moja pierwsza muzyczna miłość. Ta wspaniała artystka z Kanady zaprezentowała zarówno klasyczne utwory z płyty "The mask and mirror", jak i najpiękniejsze z albumu "The book of secret"; nie obyło się oczywiście bez nowości z dwóch ostatnich wydawnictw muzycznych.
O mrocznej jak przełyk samego Lorda Wadera stronie nagłośnieniowej można przeczytać w rozjuszonym wpisie mojego męża
tu

Było TRAGICZNIE. Nic jednak straconego, ponieważ Artystka oraz muzycy Jej towarzyszący to najwyższa półka. Serce się najadło, uszy wspomogły dobrze znanymi dźwiękami z płyt a nadzieja pozwala ufać temu, że kiedyś jednak usłyszymy Loreenę prawidłowo, bez efektu remizy.
Tlen wpuszczono do sali po wyraźnej interwencji w drugiej części koncertu, lekkim, popeerelowskim podmuchem - wystarczyło to jednak na szczęście do powrotu zdolności rozróżniania koloru w siatkówce oka.
Miłość wiele może wybaczyć, zatem wspaniałomyślnie nie zapamiętam tych foteli, które wymagały od konesera muzyki rozmiaru ciała nie większego niż 42 oraz dostarczały nieocenionego masażu pleców kolanami sąsiada siedzącego w rzędzie następnym.

Jakim cudem facebook rozpisuje się o dwóch sukcesach w Polsce, skoro według czujnych obserwatorów taka sama nagłośnieniowa kicha miała miejsce w Sali Kongresowej?

Warto było - mimo wszystko.

W Zabrzu spotkałam kolegę z dzieciństwa, który kocha kanadyjską harfistkę już 15 lat - to on kupił pierwszy KASETĘ "The mask and mirror" i nie omieszkał mi przegrać;)
Tolek, pozdrawiam!

piątek, 23 marca 2012

u-lotne wrażenia

Ja wiem, że wiosna i w ogóle, ale dlaczego to zawsze tak drastycznie człowieka zaskakuje?
Wyrwałam kieszeń od CD-romu, tak energicznie wyciągałam płytę.
Wyrwałam kotu centymetr kwadratowy sierści razem z pierwszym tegorocznym kleszczem.
Wyrwałam nitki z ulubionej apaszki formatu 2x2 metry, próbując nią odkręcić zaschniętą tubę kleju do złota.
Wyrwałam portiera z drzemki, oddając klucz od sali.
Szarpliwość wpisana jest w spadki energii, czyż nie?
Wzrost zawsze jest gładki i spokojny.
Gdyby mnie ktoś dziś kopnął, doleciałabym do samego księżyca.

Po raz pierwszy zostałam kuratorem wystawy, wszystkich obecnych na wernisażu zdjęć Tomka "Pokonać grawitację" pozdrawiam - jeśli pojawi się kompromitujący film z otwarcia, podam linka. Dzięki Bogu miałam notes, który mogłam ściskać, żeby się skupić.

Dziś po raz pierwszy w życiu pisałam raport samooceny i podsumowanie dorobku. Trochę to tak jakby drugoklasista pisał esej o swoich wynikach w nauce, najwięcej miejsca poświęcając wycieczkom szkolnym i przesiadywaniu na boisku.



fot.T.Bielański
Zapraszam do obejrzenia wystawy w Klubie Studenckim Enigma w budynku PWSW w Przemyślu.
Można poszybować razem z autorem zdjęć i nie zapytać, czy leci z nami pilot - są tak inkluzywne, jakby robił je sam uwolniony z ciała ludzki duch. Duch przygody.

Nie wiem, jakim cudem to wszystko idzie do przodu. Chyba wspólnym wysiłkiem wszystkich dobrych duchów Ziemi i Nieba. No i czasem trzeba się powiesić na ... słońcu ;)

niedziela, 18 marca 2012

pierwsza mucha wiosny nie czyni


Na blogach i fejsie wiosna, w książce do polskiego kwiatki do kolorowania a półka z szalikami jakoś nie dysponuje niczym lekkim. Ludzie pełzają po trawie w poszukiwaniu barwnych płatków, ja wzruszam ramionami, zamykając oczy - bo to zapach ziemi się zmienia, nie kolory! Czytam rozważania Albertiego, Goethego i Newtona o kolorze; znów żałuję, że nie kupiłam okazyjnej Rzepińskiej i Kandińskiego na alledro, miałabym swoich, do podkreślania. Ale czy pisali o roli zapachu w percepcji? Jak pachnie renesansowa północ? A jak pigmenty, olej lniany? Czy potrafilibyśmy odróżnić olej wysokogatunkowy od taniego? Ile nowości do koloru wznosi zapach ... kamfory?
Kto podał definicję świtu na podstawie widoczności koloru czerwonego i niebieskiego?

Niezwykle ucieszył mnie kolor-absurd, czyli "zielonawo-czerwony"*. Jak można go uzyskać? Nie mam zielonego pojęcia, jednak jako barwy dopełniające, komplementarne czyli "znoszące" się przy jednoczesnym nałożeniu, stanowią w teorii buddyjskie klaśnięcie jednej dłoni.

Mamy dwa szkliwa ceramiczne, które serdecznie się nie znoszą. Oleander i ciemna czerwień. Nigdy nie można przewidzieć, co zdziałają. Tonalnie identyczne, po zamknięciu oczu nasz mózg zamienia je miejscami. Jeśli nie zrobicie wyraźnego wgłębnego konturu między nimi, utworzą czarny front walk - jeśli jeden na drugi - znikną, stając się przezroczystym, błyszczącym szkłem.
Co się jednak stanie przy jednej, delikatnej warstwie tej zieleni, położonej na naczyniu z ceglastej gliny? Stanie się pięknie, jaszczurczo brązowa. Przy dwóch cienkich warstwach zacznie mienić się zielono-czerwonymi punkcikami (sic!), a przy trzech stanie się głęboko oliwkowo-gloniasta!

Wnioski zachwycają. Dopełniające się przeciwieństwa tańczą; przedziwny zielono-czerwony nie jest potworem słownym, tylko najgłębiej skrywaną tajemnicą równowagi Wszechświata.
W poezji starofrancuskiej sinople to czerwień, lecz w fachowym języku heraldyki to... zieleń.

Czym jest magiczny brąz, występujący jakby na marginesie, w tle, oddali, fantastycznie grający z zieleniami i czerwieniami niezależnie od ich wzajemnych relacji?
Brąz to już zupełnie inna para kaloszy, bardzo emocjonująca. Na inny mikro-felieton.

Wróćmy do muchy. Wpuszczona dzięki wietrzeniom prania, buczy rzewnie zachwycona zapachami nowej pory roku. Znów zacznie się przykrywanie owoców, chowanie cukru przed mrówkami i moskitiery na krwiopijców.


z Wittgensteinowskiego określenia, (Remarks of Colour)

ps. dzisiejszy wpis nie jest formą wykładu o kolorze, tylko luźnymi impresjami na temat ... zapachu ;)

poniedziałek, 12 marca 2012

duchy Ziemi skubią wiosnę





Jest nadal tajemnicą ascezy, jak takie duże zwierzęta przetrwały tegoroczne śniegi o korzonkach.
Są bardziej płochliwe niż ptaki. Jedzą szybko i czujnie. Uwielbiam to drgnienie serca, zanim je zobaczę, już wiem, że już są.

Drugi, znacznie mniej szlachetny potwór ziemski mlaszcze nad kotlecikami z soczewicy i kukurydzy. Dzięki Agnieszce!

PASZTET Z SOCZEWICY CZERWONEJ (kotleciki panierowane w sezamie)
Składniki:
1 szkl kaszy kukurydzianej,1/2 szkl soczewicy czerwonej,1 puszka kukurydzy,mały słoiczek oliwek bez pestki, 2 duże cebule,2 jajka, 4 łyżki koncentratu pomidorowego, bulion wegetariański, olej, przyprawy: majeranek , curry, sól.

Wykonanie:kaszę i soczewicę ugotować razem w bulionie "na gęsto" mieszając bo lubi się przypalać. Połączyć z osączoną kukurydzą ,zeszkloną na oleju cebulą, jajkami i koncentratem pomidorowym.
Dodać pokrojone w plasterki oliwki i doprawić przyprawami wg swojego smaku. Amatorzy pikantnych potraw mogą przyprawić sobie masę papryczką chili. Masę dokładnie wymieszać i zapiekać ok. godziny.

Smacznego - palce lizać!





Czas nie jest kołem. Jest kotem.
Wciąż goni swoją mysz i spełnia przeznaczenie.
Straszliwie dziękuję Kasi za złoconego ceramicznego!!!! ;***


Wyruszam w tournee po muzeach etnograficznych. Pracy jest w huk, a czasu do przyszłego lata mało. Po drodze do odwiedzenia dwa koncerty, jak Bóg da i wiele innych atrakcji. Niezmiernie się cieszę! Do zobaczenia zatem, być może nawet za kilkanaście dni.

niedziela, 11 marca 2012

środa, 7 marca 2012


Jest taki moment, kiedy doba delikatnie wchodzi w następną. Mistycy mówią, że to najlepszy moment - nowa zębatka spiralnego czasu, prowadzącego do góry.
Kiedy dokładnie? Wtedy, kiedy kot rezygnuje z polowania na drugiego kota i kładzie się obok śpiącego psa a my nie widzimy jeszcze (swoich, nie kota) linii papilarnych, choć dłonie wyłaniają się już z mroku.
Zasada nie działa w noc z pełnią księżyca - wtedy zdajemy się na zegarek i porę roku.

Wyglądam przez okno oczu jak z jadącego pociągu - czas wyraźnie przyspieszył. Na stronie NASA można oglądać film z wczorajszym pięknym wybuchem w koronie słonecznej, niespokojnie jest już od stycznia. Wiatr słoneczny odziera nas z resztek zdrowego rozsądku, uważajcie, to taki kosmiczny Halny.

Chrystus w aureoli bolesnej, maleńka ikona ceramiczna, intensywne próby z nowymi szkliwami, które nijak nie pasują do rzeczywistości. Po raz kolejny pokornieję - to nie ja, to one.

Nocne buszowania po kuchni ujawniły Ciociną zupę ogórkową i piernika - pyszne razem i osobno, jako wczesne śniadanie!

wtorek, 28 lutego 2012

No przysięgam. Nie idzie mi pisanie!
Idzie mi za to życie oflajn. Zatraciłam się w nim potężnie. Komputer zaczął straszyć, zresztą, został odchamiony w warsztacie. Jest już zaginione "jot" i niechętne "ha", nawet wentylator nie huczy!

Doprawdy nie wiem, jak Wam się nie znudziło czytanie tego bloga ;)

Po pierwsze - mam tak strasznie dużo roboty, że po prostu przestałam gadać a wzięłam się za zaległości. Po drugie - życie duchowe nabrało rumieńców i muszę przeganiać gęste chmury objawień, żeby dokopać się do kuchenki gazowej i podgrzać zupę. No i sama zupa stanowi rarytas po długich tygodniach zgrymaszenia bólowego - co za rozkosz nie boleć!

Pokochałam na nowo Danielssona, który zupełnie a propos wydał nową, cudną płytę.
http://www.larsdanielsson.com/
Rysiek Kotzen też wydał, ale potwornie narażę się fanom tym, co bym chciała o niej powiedzieć, więc przemilczę potulnie, wyciągając macki po Larsa.
Jeśli jesteśmy przy muzyce dodam jeszcze, że 28 marca w Krośnie będzie Yvonne Sanchez - WARTO! (za cynk dziękuję Wiktorowi)

http://yvonnesanchez.eu/

No i co teraz?
Teraz już mnie podrywa z fotela w stronę gotującej się ciecierzycy. Śnieg wali po oczach, kot przykleił się do kaloryfera na stałe a ja sięgam Laurence'a Freemana z racji wyjątkowego okresu w roku liturgicznym.

Przed Państwem: Lars! (oklaski)

niedziela, 12 lutego 2012


Szanowny F.!

Nie widziałam Cię już od dawna. Co najdziwniejsze, od kilku lat nie zapytałam o nowy adres, choć na tamten stary potrafiłam wysyłać rozdyźdaną jarzębinę i nie do końca ususzone opieńki. Na szczęście nigdy nie powtórzyłeś w rewanżu numeru z zatłuszczonymi łebkami sardeli w kopercie.

Lękamy się tu wszyscy o Twoje nadwyrężone zdrowie i zamarzające rury kanalizacyjne. Człowiek musi dbać o wszelkie arterie, choćby były miedziane. Grzej mocno w tym piecu - zima sroga a wiosna chyba jest teraz na wakacjach na innej półkuli - ani myśli wracać.

Pytasz o pracę i zdrowie - praca chyba chce mi zrekompensować jakieś straszne świństwo, do którego szykuje się zdrowie - jest tak sympatyczna, budująca i rozwojowa, że być to może to jest właśnie ten wszechświat równoległy, w którym giną w pralce skarpetki a w kuchni łyżeczki od kompletu. Człowiek ocknie się po kilku latach z rozerwaną linią czasoprzestrzenną i zacznie jeść jutrzejszy jogurt z wczorajszymi daktylami. Tak czy siak - zaczyna się nowy semestr,a właśnie dzwoniła urocza pani dyrektor z kolejnej szkoły z pytaniem, czy zaszczycę ich dziennik. Dlaczego się nie zgodzić, za całe zlecenie będę mogła kupić nowiusieńkie buty prosto z letniej wyprzedaży przed październikową ofertą zimową! Jak nic - same plusy.
Jeśli chodzi o zdrowie, to troszkę mnie ostatnio łupało, aż z nudów poszłam do kilku znachorów. Po starannym zbadaniu konta neurolog stawia na meteopatię, chirurg na hipochondrię a rehabilitant na fibromialgię. Mam sobie wybrać, zanim znów pójdę na pełnopłatne prześwietlenie, ponieważ ten wybór będzie ważny dla dalszego leczenia gorącym rosołem, przyrządzonym według kuchni pięciu żywiołów (mama, ciocia, tato, mąż, kot, ja - w tej kolejności). Moim zdaniem powinni mnie po prostu przeciąć na pół i policzyć słoje. Dendrologia poczyniła ostatnio ogromne postępy, widziałam na kanale o skamieniałościach.

W chwilach wolnych trochę bawię się gliną, która niestety nie stawia zakładanego oporu - mogłaby mieć trochę więcej swojego zdania, stanąć grudą, zapaść się w sobie lub skapcanieć.

Ogromnie cieszę się, że będę mogła w tym roku na nowo rozgrzebać ogródek i posadzić w nim coś, co jak zwykle zdechnie bez podlewania. Rośliny w tym regionie są przedziwnie nieodporne na wszystko, poza opryskami. Robaki żrą je w szeregu, a one i tak wydają owoce, wystarczy jednak kilka razy nie podlać! Co za rażąca niewdzięczność. Niemniej jednak sam fakt grzebania wart jest polecenia. Tobie z pewnością pięknie obrodziły ostatnio gruszki i jabłka.

Musicie koniecznie przyjechać z M. do nas, dzieci i bracia nam dorastają, przyjaciele zmieniają domy jak rękawiczki a kuzyni wyprowadzają się na wieś. Faktycznie wymierają wróble i pszczoły, nie mówiąc o kretach. Staramy się rzadziej kosić trawę i zostawiać kępy różnorodne. Zeszłego lata w hukiem złamała się wielka grusza pełna owoców, stara odmiana ulęgałki. Jeszcze nigdy tak potwornie nie najedliśmy się gruszkami. Po tym jak zrobiliśmy kilka wiader powideł sam prezes gazowni wysłał obok rachunku kartkę z podziękowaniami.

Mamy nowego listonosza. Dawna pracownica poczty kilkakrotnie najechała dętką rowerową na rezultat postrzyżyn dzikiej róży, choć tato przysięgał, że wyzbierał wszystkie gałęzie. Nie wiem czy wiesz, ale listonoszom nikt nie sponsoruje kosztów paliwa (skuter) czy dętki przebitej na służbie. Nowy listonosz jest szalenie miły. Po tym, ja kilka razy zaprowadziłam go do odczytania licznika gazu poprosił, abym otwierała mu furtkę w okularach.

Humor poprawiam sobie po damsku, zakupami. Ostatnio po świeżym stresie spowodowanym kroplówką i wjechaniu do rury z rezonansem musiałam odreagować i zakupiłam cudnej urody wymarłego łodzika na alledro. Jest nieco ciężki, ale przy dużym swetrze to nie ma znaczenia. Ostatecznie - nie takie kamienie człowiek nosi na sercu. Polecam Ci serdecznie ten rodzaj prezentu dla M. - niebanalne, będące częścią historii Ziemi, wehikuły czasu.

Kończę ten list mając nadzieję, że wreszcie napiszesz mi maila ze swoim analogowym i analogicznym adresem w nowej chałupie.
Wiedz, że Cię mamy głęboko w ... sercu!

Z głębokimi uściskami
Doro

sobota, 11 lutego 2012

środa, 8 lutego 2012

z kamerą wśród zwierząt



Odcinek o dachowcach. Chętnie wymienię się na owce. Bardzo proszę! Są różne - kolorowe, młode, stare, niedrapiące, niechrapiące. Serio. Jeśli chcecie kota to piszcie. Najciekawszy jest kot rasy nietoperzowej, miłujący pokój i dzieci. Wychował się w łazience a spał w pralce.

Ten egzemplarz jest kotem świątynnym, rozrzuca popioły jak Wezuwiusz i potrafi zjeść dwa razy więcej, niż sam waży.






Moi Rodzice mają trzy koty na wydaniu.
Do każdego jedna pomarańcza gratis.

hedonizm zimowy


... czyli rzeczy, których nie potrafię sobie odmówić:

1)rogacizna obok laptoka (klip powyżej) zapewnia mi radość szczególną, powiedziałabym, eternalną ;D

2)dzień drugi brodzenia po kolana w śniegu. Pies usiłuje już nawet mówić po ludzku, aby nakłonić mnie do powrotu do domu. Chyba kupię mu kombinezon.











!



Pani wymiata głosem, polecam.

wtorek, 7 lutego 2012

10 lat corocznej bieli













Wydeptałam tutaj wąwóz myśli, wspomnień i zupełnie nowych dróg. Dzień w dzień ten sam spacer, kilkanaście tysięcy zdjęć traw, śniegu, kamieni. Dzisiejszy śnieg był zupełnie inny - stąpałam po głuchej czapie zamarzniętej wydmy, metr nad poziomem drogi, metr nad poziomem swoich możliwości.
Nie wiem, czy kiedykolwiek całowaliście lekarza po rękach za to, że zabrał uporczywy ból.
Euforia.

poniedziałek, 6 lutego 2012

mantra ;)



ps. zapomniałam dodać, że ten kot specjalizuje się w tropieniu zachodzącego słońca, patrzy za nim dotąd, aż zniknie za horyzontem.

piątek, 3 lutego 2012

czy czuję się przytłoczona?...


... nie, skąd ;)

Jestem cholernie spokojnym kwiatem lotosu, skubanym od spodu przez ryby czarnych myśli.

Spokój, tylko spokój...
Wydech dwa razy dłuższy od wdechu. Jakiego wdechu?

Piękny film o Mierzejewskim dziś widziałam. Malarstwo jest sztuką milczenia.

środa, 1 lutego 2012

kawa dla Marcela




Kawa na ławę.
Kawa na sztukę.
Jedna sztuka kawy.
Postaw na sztukę.









pssst.::: bardzo kryptoreklamuję - dobry numer Formatu ;)

poniedziałek, 30 stycznia 2012

zaskoczenie



bArtowa rzeźba usadowiła się... tam, gdzie czuje się najpowabniej, polecam Wam, warto się skusić, to uczta dla oczu.




Ceramika artystyczna wśród wyrobów cukierniczych. Mam nadzieję, że nie pogniewa się za aranżację ;)

piątek, 27 stycznia 2012

;)



materiały: olej podarunku Serca na płótnie codziennego drugiego śniadania, wymiary: 12x12 cm, woda o temperaturze 70 stopni.

czwartek, 26 stycznia 2012

na zaokniu








Surowe warzywa i obierki z jabłek zostały przyjęte przez bóstwa pól.
Kocie oczy marzą o większym zwierzu, bo polowanie na psa już się znudziło.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Ćwiczenia i nauka, czyli odnowy dzień pierwszy


Drogi Pamiętniczku.

Po tym, jak przez dwa dni moim najlepszym przyjacielem był termofor, poduszka elektryczna, skórzane i gimnastyczne piłki z Lidla, postanowiłam się wziąć.
Wzięłam się.

Po pierwszej serii zasnęłam na podłodze pod mruczącym kotem. Pies ze współczuciem przyniósł mi jeden rozczłapany kapeć.


Pamiętajcie - determinacja i samozaparcie.
I rrraz!
Oh, znów mruczy.....