wtorek, 22 marca 2011

mając pustostan czaszki - spaceruję
















cdn



W tym worku niewątpliwie jest kot.
Kus-Kus.


Niski poziom energii baterii dotyczy w chwili obecnej nie tylko laptopa. Coś mi umyka! Wycieka bokiem od niedzieli, dziwnie plącze się i zawija.
Odrobiłam lekcje i leżę w łóżku z gazetami i książkami, czytając je wyłącznie dla przyjemności.
Sympozjum okazało się być skoncentrowaną dawką budujących faktów, jak danonek.
Przesilenie, wiosna.
A teraz muszę wkleić jakieś zdjęcia, żebyście przestali zwracać uwagę na treść posta. Nie mam absolutnie nic do powiedzenia.
Koniec i bomba, a kto czytał.... ten trąba ;D

poniedziałek, 21 marca 2011

werdykt?



Dzień dobrze, że dobry!

Wiele spraw mnie omija i spływa jak po żurawiu, ciężko jest się skoncentrować po tylu solankach, basenach, torturach prądem i lampami; kolega z Krakowa nazwał mnie "hydrozagadką" - z ukłonem w stronę wiadomego filmu, dziękuję!

Do rzeczy.
Duet artystyczno-platoniczny

HaDeS

i

Kimonek

nie tracą czasu; w trosce o rozwój sztuk plastycznych i obustronny lans postanowili uraczyć swoich czytelników oraz siebie nawzajem pyszną zabawą, szczegóły znajdziecie
tu

i
tu

Chodzi o portret Hadesa z lepszego przodu lub profilu; nie znam się na tym, ale komentatorzy chyba dobrze wybrali ujęcie, prawda?
Poproszono czytelników o opinie i podpowiedzi; co jeszcze mogłoby się znaleźć na obrazie, aby domniemany związek z "Damą" był bardziej dosadny, nie tracąc jednak posmaku metafory.
Oto propozycje z komentarzy, co dodać Hadesowi na obrazie:

- sznur pereł zawieszony na ciele (szyja, pas);
- łania w tle;
- biegające w tle golasy;
- berło w dłoni oraz latające klucze za modelem;
- pejzaż zimowy (nadjeziorny lub leśny);
- mrowie motyli, liści lub krwistoczerwonych płatków róż, jak w filmie "American Beauty";
- wnętrze galerii sklepowej, z gapiami w tle;
- klucze w garści;
- łuk i strzały w kołczanie;
- dziewczyna;
- ludowe wzornictwo (hafty, wycinanki);
- fioletowa torebka;
- dzika przyroda

Zostałam zaproszona do zabawy jako juror. Korzystając z tej zaszczytnej funkcji, na którą nie zasłużyłam, ogłaszam:

--- wygrywa sznur pereł i gładkie, ciemne tło!

Uzasadnienie:

Najbardziej przemawia do mnie sznur pereł, może być fantazyjnie zawiązany lub analogicznie do "Damy z łasiczką" - swobodny.
Bujność znaczeniowa postaci; jej mocny charakter, monumentalizacja, ukłon w stronę klasyki ["Dama z gronostajem/łasiczką"] jest strzałem w dziesiątkę.
Zwierzątkiem definiującym skojarzenie jest tu Fafik.Przychylam się wszystkimi czterema rękami do tego, aby lepiej go wyeksponować.

Współczesne ubranie bohatera odsyła nas i więzi w teraźniejszości, pozostawiając jednak pole do popisu wyobraźni temporalnej - "co by było gdyby był Jej współczesnym? Jak namalowałby Hadesa Sam Mistrz?", "puszczając oko" w stronę widza strojem i kapturem.
Ciekawym uzupełnieniem i przypomnieniem, że Hades bawi się własnym wizerunkiem bez lęku i z pełną swobodą, byłyby właśnie perły - za całym bagażem znaczeń i skojarzeń.
Bez żalu odrzucam inne, ciekawe propozycje --- absolutne minimum zastosowanych środków jest tu wyznacznikiem smaku - to ukłon w stronę inteligencji widza, czyli Waszą!

środa, 16 marca 2011

Kim jest ta pani i dlaczego powrócę dopiero w poniedziałek


Na te pytanie odpowiem w ... poniedziałek a tymczasem chętni mogą pokusić się o identyfikację damy; zwłaszcza ci, którzy najgłośniej krzyczeli, że mieli już zajęcia z ikonografii i wcale nie trzeba jej powtarzać na zajęciach ;)

Ten kto pierwszy odpowie na pytanie prawidłowo, otrzyma uśmiech kierowniczki i złotego/srebrnego* buskiego [buskiego - nie boskiego] ślimaka, jak tylko muszla zostanie ozdobiona (za dwa, trzy tygodnie).


*nie ma wartości handlowej, jedynie sentymentalną i jest świadectwem tryumfu ducha nad polskimi serialami

Można się naradzać grupowo on- i off-line:

wtorek, 15 marca 2011

plastik fantastik

Ja wiem, że stara już jestem i nie z tego świata; nie przystaję nijak do celów, karier i gustów powszechnych, wczoraj jednak miarka się przebrała.
Uczestniczę mimowolnie w eksperymencie medycznym, przeprowadzanym bez znieczulenia na mózgu przez telewizję polską; chodzi o wystawienie na ekspozycję poprzez i okładanie strumieniami przez polskie seriale .
Dziesiąty dzień eksperymentu.
Cytat wyrwany z kontekstu:

"-Warto było tu do ciebie przylecieć, żeby cię wreszcie przelecieć"

"-Mówiłeś, że coś między wami było!
-Bo było!
-Nawet się ze sobą nie przespaliście! G... było!"

"Chyba trafiłam na nieodpowiedniego faceta (postać mówi do psiapsiółki o swoim mężu, z którym ma trójkę dzieci). To znaczy, on był odpowiedni na wtedy, kiedy byłam jeszcze kimś innym, teraz się zmieniłam i już go nie kocham."


Przerwa na reklamy; mrożona pizza restołrante, wybielacz zębów, łinterfresz przyspieszający zbliżenie, pani od Donny Karan z panem od Donny Karan miętoszą się w taksówce.

Nie znalazłam w ciągu tych 10 dni ani jednego programu, który nie powodowałby bólu. Nie chodzi o publicystykę, wiadomości, reportaż - programy rozrywkowe BOLĄ. Aktorzy zostali aktorami chyba w łapance ulicznej, a ich dykcja, gra i wszystko inne wywołuje mój sprzeciw. Zgadzam się z Wojewódzkim, że Szyc, Adamczyk i Dereszowska oraz kilku innych - SĄ WSZĘDZIE.

Poza tym, wnętrza z seriali są obrzydliwie zerżnięte ze znanych twórców - nawet ustawienie szaf, tapety. Co za urocze i pomysłowe wergiliańskie wycieczki w stronę kultury wysokiej! Jeśli treści i formy nie ma, to chociaż przemyćmy (my, telewizja) im (widzom) gust. W końcu to jest ta misja.

Kolejny serial i koleżanka ze współczuciem tłumaczy mi kim dla siebie są ci sami aktorzy, których widziałam przed chwilą w poprzednim serialu. Podziwiam! Dziewczyny się nie gubią w wątkach!
W przerwie na reklamy pani uspokaja nas, że możemy jeść tłusto i niezdrowo, bo pojawiły się na rynku nowe tabletki na wątrobę. Gdy tylko strzyknie nam odwłok na basenie mamy szybki paracetamol (nikt nie czyta raportów o jego szkodliwości, bo po co, przecież go reklamują, nie może być zły!) Po dwóch dniach grypy należy zrobić chlup w ten głupi dziób szaszetką ciepłego napoju i już jesteśmy gotowi do użycia.
Pokolenie nadczłowieków.

Lubię być częścią nijakości, powoli nagrzewać bolące stawy termoforem, kupować staromodne wafelki, nosić wysłużoną lnianą torbę. Jak mawia Arthi, bogatemu kto zabroni???? ;D
Bogatemu wewnętrznie - mam nadzieję ;DD



ps. google podkreśliło mi "wergiliańskie" jako słowo nieznane.
ps2. google pyta teraz ciągle w osobnym oknie, podjarane użyciem przez mnie słowa "google" w blogu, czy zechciałabym je reklamować ;)

ps3. dziękuję moim współlokatorkom za cierpliwe tłumaczenie who is who oraz pełne współczucia wyciszanie telewizora, kiedy udaję, że pracuję nad książkami ;) ;*

poniedziałek, 14 marca 2011

właściciel mojego snu zgłosi się do recepcji po odbiór

Halo halo, no i mam, co chciałam, labradoryty są przeklęte! Leżały u wezgłowia, a sen przyśnił mi się nie mój; ja jako nie ja spotykałam się zmnóstwem ludzi, którzy w tym śnie byli mi znajomi, choć faktycznie pierwszy raz moje gały ich widziały. A w przerywniku między scenami - labradoryty i szatański hichot. Ktokolwiek śnił więc go, ktokolwiek wie o czym jest - niech go sobie zabiera, byłam w obcej skórze, brrrrr!



Człowiek z betonu.



Penthouse ćwierkacza. On sam daleko po prawej.





Prawo mimikry beretowej. Oby wiewiórka nie pomyliła tej pani z drzewem.

niedziela, 13 marca 2011

dziobak dla Jana




i bonusik



Nijakość moja niechaj się stanie wzniosłością!

Oto dziobak, zwany Żółtodziobem, specjalnie dla Jana, który o niego wypytuje.
Dziobak zasiadł w niskim krzewie, i gwizdał SZEPTEM. Obok przechodziło mnóstwo ludzi, psów, wózków; mnogość form zagrażających i ohydnie głośnych, a on nawoływał SZEPTEM. W chwili wydawania dźwięku rozkładał wachlarzyk ogona.

Oh, Monia, ile Ty mi każesz stać na korytarzu w piżamie i łapać zasięg komórką??

L jak miłość

Otrzymuję sygnały, że piszę głupio i nie na temat. Tak, to prawda, niewiele mam do powiedzenia! Znów forma bloga wychodzi mojej bylejakości na przeciw. Uwielbiam swoją odwagę bycia trywialną, hahha, uwielbiam bezczelnie zajmować Wasz cenny czas!

Do rzeczy. Szłyśmy z Kamilkom dziś przez park, dyskretnie rzucając w wiewiórki diabelskimi spojrzeniami (vide devil's look), ja skrycie myślałam o białym rafaello w wiórach, koleżanka nie wiem, o czym myślała.
I podeszłyśmy do kramiku z kamyczkami, a tam taaaaaakie kosmiczne, wysmakowane naszyjniki, rzadkie kamienie, nie kłaniające się w pas błyszczącym dziuniom! Maty, faktury, fasety, łączniki! I.... LABRADORYTY, kilka łańcuchów, dokładnie takie, jak trzeba!
Ahhhhhhhh. Dodam jeszcze, że pani sprzedawała je w cenach hurtowych. Gadałyśmy o gemmach godzinę, o technikach barwienia agatów, o turkusach, ahhhhhhh!
Mój nerw kulszowy się zapatrzył i zasłuchał, zapomniał o jęczeniu.

Tyle na dziś, bo rano idę na siarkową kąpiel. W NASZYJNIKU ;)

sobota, 12 marca 2011

Dzień dzisiejszy jest ukoronowaniem tygodnia, jest hrabią. Wzniosłość skapcaniała we mnie jak zapomniane jabłko w szufladzie. Poszczę słowem, umysłem, ogołoceniem gastronomicznym i medytacją poduszkową; wyciszam się i zasypiam tam, gdzie zamieram w bezruchu dłużej, niż dwie minuty. To kłopotliwe.
Post jest jak kinezyterapia indywidualna; na początku zupełnie nie do zniesienia! Szybko jednak staje się stanem początkowej równowagi. Teraz jeszcze sześć tygodni ćwiczeń mięśni szkieletu, dużo więcej w gimnastyce ducha...

Trwam więc. Od jutra pięć dni na przygotowanie się do prezentacji zagadnień konserwacji malarstwa.
Szłam dziś sobie spokojnie do pokoju z zakazanym towarem w kieszeni [dla każdego z Was będzie to co innego, prawidłowo! Wstawcie tu sobie figurę retoryczną najbardziej malowniczą dla całej tej historyjki], a tu mnie pani oddziałowa woła gestem ręki, chylę więc głowotułów i idę do gabinetu podpisać powrót z przepustki. Tak, równo 12 godzin! Tak, wszystko w porządku. Przyciskam lewą kieszeń do uda. Pani pielęgniarka ciągnie mnie za autobiografię, wyciąga swoją, gapimy się smętnie w czterodzielny obraz z kamery przed wejściem. Niezwykłe losy, gorczyca wczesnego wdowieństwa, dorosłe dzieci, przymusowe studia podyplomowe, kredyt mieszkaniowy na 30 lat. Kiwam głową i przyciskam kieszeń. Czym jest owa kieszeń wobec? ...

Dla Paulindy i Jej Mamy, które się martwią.
I dla Aszery, która się martwi potrójnie.





czwartek, 10 marca 2011

życie po trzydziestce



No żyć nie umirać ;DDD

To WYPOCZYWALNIA. Odpoczywamy z Kamilą po zabiegu, który polegał na leżeniu w wannie z bąbelkami.


Czytam Kisiela i jestem w siódmym niebie.
Dzień śniegu i zwiększonej aktywności masażysty, musiałam uciekać przed każącą ręką sprawiedliwości.Usłyszałam między innymi o panu, który przyszedł na masaż podwodny w gaciach, płatwach i masce do nurkowania. Na pytanie - dlaczego tak się ubrał do jacuzzi odparł, że koledzy mu powiedzieli, że będzie masowany pod wodą przez masażystki-płetwonurków.

środa, 9 marca 2011

wada widzenia

Słońce dziś rozszalało się jak wiosenny pekińczyk na spacerze; zdzierało nam szale z frędzlami, rozpinało ciepłe kurtki. Poszłam za ciosem i zrobiłam sobie okulistyczny przegląd podwozia. Wszystko się wyjaśniło, nawet moje ontologiczne bolączki – mam przekorygowane szkła. Widzę ZA OSTRO. To niezwykłe sformułowanie! Teraz już rozumiem, dlaczego gwałtownie reaguję na zło, wpuszczam w kolejkę przed sobą obolałych, kupuję żebrzącym posiłki i płaczę przy stoiskach mięsnych. Nie gojąca się rana bycia PRZEKORYGOWANYM.

Jest jednak nadzieja na uspokojenie – dostanę słabsze szkła, inne soczewki, dwa rodzaje kropelek antyuczuleniowych. Kropelki mają stworzyć delikatną błonkę, która nie dopuści do oka wizualnych alergenów, które sprawiają przykrości. Czytaliście „Obłęd” Krzysztonia?

Idę więc sobie po omacku przez park zdrojowy, odpowiadam na pozdrowienia moich sanatoryjnych dziadków i babek, pani blondyna z dekoltem do pasa sunie na dancing. Południowoamerykańscy rdzenni z uwagą ciągną za sobą wzmacniacze na kółkach, będzie koncert. Pan, który dłubie w minerałach z dumą przedstawia mini-totem, wyrzeźbiony własnoręcznie w koralowcu. Jabłka, kremy, poduszki z gorczycą. Panie uszminkowane do granic możliwości.


A teraz lans.






Kamelot?




wtorek, 8 marca 2011

wewnątrz czasu




Wiszę na balkonie, z anteną w zębach. Na szczęście już jedzie odsiecz, kurier!
Szybko więc piszę, bo nie wiem, ile tak wytrzymam:
Poniedziałek
Ja.
Wtorek
Ja.
Środa
Ja.
Czwartek
Ja.
Piątek...


Czy już wiecie, kogo widuję na swoim balkonie, ćmiącego papierosa?

Poranki są mroźne i polegają na szybkim wyskoku w dresy i przeniknięciu przez park zdrojowy, do zakładu przyrodoleczniczego. Tam rześko wbiegamy do swoich kabin, pani w kitlu napełnia wannę brązowo-zieloną solanką o zapachu dwustu tysięcy zleżałych jajek na twardo i nastawia skorodowany budzik kuchenny na 15 minut. Budzik-jajko tyka głośno i złowieszczo, każda z pań usiłuje zatkać odpływ wanny stopą, aby udaremnić ucieczkę nie tylko solance, ale i czasowi.
Leżymy.
Później musimy odpocząć w wielkiej sali, wypełnionej fotelami. Tu każdy przygląda się własnej słabości, zielonym ręcznikiem zaplata zaklęcia przeciw obcym mikrobom, grzebie się we własnej bezczynności.
Zostaliśmy przez NFZ obdarzeni czymś więcej, niż zabiegami – czasem zwróconym do wewnątrz.

Zabieramy swoje zielone prywatne prześcieradełka i przebiegamy do masarni.
Masarnia posiada dwóch panów masażystów o smutnym wejrzeniu, blond zaczesie na żel, złotym łańcuchu na klacie i wysublimowanym poczuciu humoru; nieobce im jest przewrażliwienie temporalne („się przychodzi 10 minut przed czasem, następnym razem nie przyjmę!”) oraz pragmatyzm estetyczny – „a włosów czemu wysoko nie upięła??”... oraz zdolności głoszenia proroctw – „będzie później szkielet bolał, nie przejmować się!”.

Na razie walczę z własną słabością, usiłując zniknąć zewnętrznie. Kącik półtorametrowy musi pomieścić moje rozdęte ego; niestety, na razie szafki nie dają sobie z tym rady.
Moja mama przysłała zdjęcia kota, z którym mój syn gra w szachy. Jak z Alicji w Krainie Czarów.

A propos książek; jeśli jeszcze macie możliwość, to polecam TP z tamtego tygodnia; jak zwykle jest dużo ciekawych artykułów, zwłaszcza te, poświęcone profesorowi Nowosielskiemu, jak również interesująca nowość; John Ruskin;„Niewinne oko, Szkice o sztuce”. Ta zapowiedź wydawnicza i krótka notka zainteresowała mnie nie tylko w związku z samym Ruskinem, którego lubię i szanuję, ale ze względu na uczniów i spadkobierców myśli Ruskina – prof. Elżbietę Wolicką, ś.p. dr Norberta Szczukę, który podjął trud przekładu i wprowadzenie prof. Ryszarda Kasperowicza.
(słowo/obraz/terytoria, Gdańsk 2011, ss.408)
Tak więc – jak wrócę, to książkę zamówię.


Wyszło słońce.

niedziela, 6 marca 2011

szybciorem


Dojechałam/stop
Mam słaby net/stop
Moja współlokatorka twierdzi, że jej koc j...e rzygowinami/stop
Jutro idziemy szukać nowego pokoju/stop
Na razie oglądamy X Factor/stop
Kończę, zanim siostra oddziałowa zabierze nam laptoka/stop
Uściski dla Wszystkich!


http://kuba.bauke.pl/Work/ZLoty%20osiol/

czwartek, 3 marca 2011

owco-wizna wakacyjna

W przelocie


Zabieram ze sobą stare ubrania,
farby
i wszystkie zaniedbania.

Drzewko pomarańczy
zostało ogolone na łyso
przez Mamę.

Sprzątam szuflady z ziołami,
przyklejam kartki do szuflad
"szkolne", "domowe".
Brakuje mi jeszcze
"przeszłe" i "przyszłe".

Huk śniegu spadającego z dachu
płoszy koty.


*nie kadrowane zdjęcie - w hołdzie F., który niepostrzeżenie wniósł kiedyś skaner do czytelni biblioteki uniwersyteckiej, aby bez łaski zeskanować sobie to, czego nie chcieli mu pożyczyć.

środa, 2 marca 2011

urywki z rozrywki



Myszy piszczą z głodu pod lodówką, pizza się kończy (organic, ma się rozumieć, Księciuniu!), jutub się wgrywa, pryzmy szmat do wyprasowania rosną, PIT-y nadchodzą w torbie zziajanej listonoszki a kot wyjada ser. Dziecko udowodniło mi dziś, że istnieje grzyb o nazwie muchomor carski, bitwa na dwa atlasy i google. Przegrałam.
Jak oni sobie poradzą, jak oznaczyć szuflady, aby rano odnaleźli gacie?
To jakbym w zaświaty odchodziła.
Poradzą sobie?
Ciąg dalszy nastąpi.

Nie pisz Arthi takich długich postów!

poniedziałek, 28 lutego 2011

metoda na głoda czyli [h]Art- Attack



Pięć razy zastanawiałam się i wycofywałam z pomysłu zamieszczeniu tego wpisu na blogu, bo i temat nienowy a wykonanie średnie. Żaden wzór na tak albo na nie. A jednak ciekawe, bo prowokuje do myślenia przy garach, "jak ja bym to zrobiła lepij".

Sytuacja tzw. młodych artystów malarzy uwikłana jest w naszą polską, trudną rzeczywistość. Młode pokolenie malarzy, rzeźbiarzy czy architektów nie jest wcale aż tak bardzo uprzywilejowane - tak samo kiepsko przędą historycy, archeolodzy, rehabilitanci, dziennikarze, lekarze, nauczyciele. Wybór drogi zawodowej opiera się niemal zawsze na myśleniu życzeniowym; czy to wspieranej pasją czy chłodna kalkulacją "w tym zawodzie to mi się uda".

Punkt drugi, czyli konkluzja.
Autorka zakłada, że zawstydzi wszystkich Turbodymomenów, którzy odwiedzili galerię komercyjną; z pewnością są to sknery i kowboje, którzy przyszli zabłysnąć w środowisku. Proponuje im zatem coś w rodzaju szantażu artystycznego, aby wzięli się serio za sponsorowanie sztuki, którą się żywią zawodowo. Konieczność, choćby tylko performersko zaaranżowana, aby kupić "kawałek" obrazu symbolicznie zmuszać ma ich do odpowiedzialności za los młodych artystów.

Małe pytanie, na sam koniec - czy pani autorka zawsze kupuje coś w galerii handlowej, czy czasem wychodzi bez siatek? Czy wejście do spożywczaka zawsze owocuje kupionym batonikiem? Czy zgadzając się na zejście w strefę komercji, sama spełnia te kryteria? I wreszcie, kto poniósłby odpowiedzialność cywilną za jakikolwiek uszczerbek zdrowia, choćby - tytułowy atak serca, spowodowany subiektywnie odczuwanym poczuciem zagrożenia?

ps.ciekawe, dlaczego strona autorki została wyłączona.

niedziela, 27 lutego 2011

raport pelikanowej


Witam,
serdecznie przepraszam za opieszałość i nijakość wpisu; ilość zadań obecnych i planowanych nagięła moją blogową dłubaninę jak czarna dziura czasoprzestrzeń!
Obiecuję, że niedługo wrócę - z obiecanym agatkowym przepisem na cudną sałatkę, z nagrodami blogowymi i nową werwą ;)


Dolk Lundgren "Ostatnia Mona"
o innych ciekawych Monach ---- tu


PS wczoraj czytałam pracę studentki, która opisywała Liskę jako "kobietę w sile wieku"; rozumiem, że dwudziestolatka widzi sprawy okołotrzydziestolatek z ... innego pułapu kolagenowego? ;DDD

piątek, 25 lutego 2011

polecam wystawę



Tomasz Preficz - Malarstwo
Termin wystawy:
4. Marzec 2011 - 19:00 - 18. Marzec 2011 - 18:00

Wernisaż: piątek, 4 marca 2011, godz. 19.00

Galeria Iwony Kargol-Dębickiej - 2 Światy

Galeria 2 Światy


ul. Brzozowa 14
31-050 Kraków

"Tomasz Preficz urodzony 22 listopada 1979 w Przemyślu. Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz PWSW w Przemyślu w pracowni Rysunku i Malarstwa Henryka Ożóga. Obecnie mieszka i pracuje w Krakowie."

Serdecznie polecam wystawę mojego studenta, który opuścił już mury szkoły i z sukcesem eksploruje swoje prywatne przestrzenie sztuki. Wielbiciele historycznych przełomów z pewnością odkryją ciekawe transformacje - od minimalizmu przez unizm, konstruktywizm a nawet elementy baconowskiego niepokoju.

Wdzięczna będę za wszelkie relacje i Wasze mailowe wrażenia z wystawy, ponieważ czwartego nie mogę mogła odwiedzić Krakowa.

czwartek, 24 lutego 2011

nagrodaaaaaaa

Bardzo dziękuję za wyróżnienie, które dostałam od Uli, Autorki mądrego, podróżniczego bloga, pełnego pięknych fotografii!
Codziennie oglądam Jej wspomnienia z niesamowitych miejsc i spotkań z ludźmi; wyobrażam sobie zapachy arabskiej kawy i gorącego piasku pustyni; jakbym czytała baśnie.


"W drodze"


Jest to moje absolutnie pierwsze wyróżnienie!

Zasady otrzymania tej nagrody są następujące:
1. Podziękować za wyróżnienie.
2. Umieścić u siebie link do bloga osoby, która Cię wyróżniła.
3. Umieścić u siebie logo wyróżnień.
4. Przekazać nagrodę do 10 blogów.
5. Umieścić linki do tych blogów.
6. Powiadomić o tym nominowane osoby.
7. Stworzyć listę rzeczy, które czynią mnie szczęśliwą.

Uszczęśliwiają mnie znaki czynione na niebie i ziemi, że mogę komukolwiek w czymś pomóc i świadomość, że pomogłam. Uszczęśliwiają mnie dwie pary pogryzionych męskich kapci. Uszczęśliwiają mnie duże ilości gliny i szkliw, kamieni, lnu i rzeczy tworzonych z pasją przez mądrych ludzi. Uszczęśliwia mnie rękodzieło przepojone duchem twórcy i podarowane w prezencie oraz szukanie własnych form wyrazu. Uszczęśliwia mnie kosmos rozgwieżdżony miliardem niewiadomych. Uszczęśliwia mnie nieobecność bólu pleców ;D

Nagrodę przekazuję dalej, ale pozwólcie, ze zrobię to po swojemu. Stworzę własną kategorię i uhonoruję Was nieco innym znaczkiem. Dam znać ;)

sobota, 19 lutego 2011

Jowisz kolizyjnie



Pierwsza próba potlenkowania Jowisza za nami (Bart - dzięki!). Nie łapcie swoich rzeźb za uszy, może Wam zostać w dłoni jej skalp. Nonszalancja została ukarana przez pierwszą galaktyczną dyrektywę - nie szastać! Łapać oburącz!
No, ale teraz już wiem i następny się nie zepsuje. Następny będzie bajecznie kolorowy i doskonale monolityczny, bez zdejmowanej twarzoczaszki.
Za Jowiszem pozuje Poharatka na przepustce.

o tempora, o mores!

W zasadzie już trochę mi złość przeszła, po serniku i herbacie malinowej. Wyraźnie jednak temat wzrusza, warto więc napomknąć. Nie robię tego z pewnością w celach moralizatorsko-lanserskich.

Przyszło do mnie dziewczę, gdy uzupełniałam indeksy. Wpadło w kurcinie, zadyszane, niezmiernie śliczne. Pani Kamila skierowała ją do mnie, widocznie moja studentka. Tak myślę, bo pierwszy raz na oczy widzę.

Dziewczę stanęło żwawo przed biureczkiem, wdzięcznie dygnęło na powitanie i zapytało, czy może przyjść zdawać za tydzień. Kiwnęłam głową z rosnącym zadziwieniem - czy przy 100% nieobecności na zajęciach można spokojnie umówić się na egzamin nie pytając, z czego trzeba się nań przygotować, jakie prace zaliczeniowe oddać? Lubię zgłębiać temat, dlatego zapytałam, czy wie, jaki jest warunek dopuszczenia do sesji, która w zasadzie już się skończyła. Nie wie ale chyba usiądzie i sobie zapisze.

Aha, właścicielka diamentowego serduszka uprzedziła mnie, że historia sztuki nie jest jej hobby, owszem, może coś o niej poczytać ale egzamin może być dla niej ciężki. Przysięgam, jestem twarda. Nawet jeden nerw we mnie nie drgnął.

Trening wygląda tak:

PRZEPIS "JAK PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO PRACY W SZKOLNICTWIE WYŻSZYM"

1. Rano zaprogramuj sobie budzik w komórce na kilkanaście alarmów, aby dzwoniły kilka razy na godzinę. Absolutnie nie wyłączaj alarmów na czas snu, pobytu w kościele czy z wizytą u babci, w toalecie czy pod prysznicem.

CEL ĆWICZENIA: ćwiczenie ma na celu przyzwyczajenie nauczyciela do tego, że na lekcji jego uczniom będą dzwoniły komórki i czasem konsole do gier.

[po tym, jak po raz pierwszy przytargałam PSP na wykład, aby wyświetlać z niej pliki ze zdjęciami o sztuce, studenci kupili podobne i przychodzili po porady techniczne, ale dotyczące gier, internetu i radia]

2.Nie przygotowuj sobie wcześniej niczego przed wyjściem do pracy, nie prasuj koszuli, nie rób kanapek - gorączkowe pakowanie zahartuje Cię na spóźnienia studentów i ich nieprzytomny wzrok oraz brak przygotowania do zajęć.

CEL: zwiększenie empatii, jeśli miłosierdzie już się wyczerpało

3. Do każdej planowanej oceny dodaj w myślach dwa stopnie. Być może będzie to nie tyle humanitarne, co na tyle zabawne, że poprawisz sobie humor i reszta dnia zleci jako-tako, bez poczucia nonsensu twojej pracy.

CEL: wizualizacja własnej skuteczności podnosi efektywność w pracy

4. Nic nie przeraża studenta/tki tak, jak wesołe zaproszenie na konsultacje domowe przy herbatce. Groźba przeniesienia się do jaskini lwa jest skutecznym straszakiem w sesji poprawkowej. Zrobią wtedy wszystko, żeby tego uniknąć i przyjdą na egzamin uczelniany w terminie.

[koleżanka w trakcie studiów musiała pójść na egzamin do domu profesora. Genialnie odegrana reakcja uratowała jej sesyjny żywot. Po wejściu do domu pełnego rzeźb i obrazów cofnęła się gwałtownie na ścianę, szepcząc "Boże! Jak tu pięknie!" profesor podpisał indeks z tymi słowami: "Widzę dziecko, że masz wrażliwą duszę"]

CEL: pobudzenie wyobraźni


A teraz patrzymy na sarenkę, żeby się odstresować, patrzymypatrzymypatrzymy....

piątek, 18 lutego 2011

torcik dla zuchwałych


Dziękuję za 30 tysięcy dziobnięć w mojego bloga ;)
Dla najwytrwalszych - poczęstunek (niestety tylko wirtualny), mojego autorstwa, jednak z pomysłu Agatki. U Agatków byliśmy niedawno, nasze dziecko zaraziło się nieuleczalna miłością do sernika na zimno. Mmmmm, mówiło całą drogę powrotną "A ta galaretka - wyśmienity pomysł dla tortu!"

Tak oto rzecze Agatka, notujcie:

Weźmiesz 2 wiadra białego mielonego sera półkilowego, 150 gram cukru pudru i 2 paczki biszkoptów okrągłych, 3 jasne galaretki.
Utrzesz jednako ser z cukrem, rozpuścisz galaretkę w połowie ilości wrzątku, podanego na opakowaniu i ostudzisz. Pomieszasz z serem, gdy będą zimne. Dno tortownicy wyścielesz biszkoptami pomny na to, aby zbyt wielkich dziur nie zostawiać. Wlejesz gęstniejącą już masę powoli i ostrożnie, aby biszkopty nie wypłynęły. Wstawisz na pół godzinki do lodówki. Na tężejący ser wylejesz zimną galaretkę, również przyrządzoną z małą ilością wody. Wszystko do lodówki aż zastygnie.

Znika jak.... ale co znika? ;D
Zrobiłam podwójna porcję, całe szczęście, Wam też tak radzę. Nie przegapcie następnego odcinka wspomnień od Agatków - będzie pyszna sałatka!

Smacznego!

środa, 16 lutego 2011

poniedziałek, 14 lutego 2011

tiramisu lutowe





Witajcie, Dzieci.
Okropne sny dziś miałam, ciągnęły się za mną również w drodze do kuchni, jak przydeptanemu robakowi flaki. Grecja znów zatonęła na skutek globalnego ocieplenia plus kilka rodzinnych katastrof, dziwne staruszki, wywracające się w nieznanych miastach, zmiana imion.... sio!

Jak piękna rzeczą w blogu jest kompletny brak przymusu pisania składnego i mądrego, jak uroczo wsiąkam w brak celu i struktury, jak homogenizowane staje się opowiadanie! Przytulna forma, adoptująca sieroty kulejącego stylu, niewyklutych pomysłów, okrywająca maminym gestem grafomanię, jak śpiącego szczeniaczka.

Jem sobie dziś na śniadanko tiramisu z kawą. Troszeczkę obeschło. Nic nie szkodzi.
Śnił mi się też egzamin na dziwnych studiach; przytłaczające wrażenie, że nic nie umiem zawsze przypomina mi w realu, że ostatni będą pierwszymi, a wiatr wieje, kędy chce, w związku z tym złośliwość i irytacja w czasie egzaminowania ulatuje jak z balonika. Rzeczywistość trzyma mnie na dystans snem! Powiedzcie mi tylko, jak trzy tygodnie po zakończeniu sesji można sobie przypomnieć, że nie przystąpiło się, pisząc mejla zatytułowanego "nie wiem, jak to się stało"? Jak do tego ma się doświadczenie z lat niesłusznie odległych, kiedy za dwie nieobecności powtarzało się rok, siedząc za karę w pierwszej ławce, i będąc odpytywanym z Platona i Jaspersa?

Świat niezmiennie ewoluuje.

Niedawno chyba potwierdzono, że nie będziemy rozszerzać się w nieskończoność, tylko do pewnego momentu, a później znów nastąpi kurczenie i Wielkie Bum, dając początek nowemu. Wszechświat najpierw posiwieje i zacznie się garbić, zawróci w stronę dawno nie odwiedzanych okolic z dzieciństwa, a na koniec wróci w rejony, gdzie się narodził. Na razie jednak wciąż lecimy na tym samym kulistym wózku.



Enyłej, jest ładny dzień. Łukaszu - zakwas dziś wyjedzie z poczty w Twoją stronę, pamiętaj o wstawieniu go do lodówki, jak już przyjdzie. Ważne, aby ciasto było w miarę gęste, trudne do nakładania i mieszania. Życzę wspaniałych chlebów!