Pewnego ranka, całkiem nie-dawno temu, o porze zbyt okrutnej, by być czujnym, i zbyt fałszywej, aby ufać oczom; kiedy lenistwo i senność oraz błędy w trybie oświetlenia chciałoby się tłumaczyć "efektem artystycznym"...

... Czarownica postanowiła odziać się w szykowne dresy i ponczo po to, aby zmusić zwierzę do spaceru.
Zwierzę było czujne - zasygnalizowało niebezpieczeństwo. Po pierwsze krzyk sroki złowrogi.
Ogon w dół.
Po drugie dziwny szelest szronu.
Wytrzeszcz labradorzych oczu.
Po trzecie zimna ziemia, trawa i powietrze.


Spotkaliśmy dziwne patykowate struktury, które dogorywały w sadzie sąsiada. Z pewnością zostały pozbawione rąk, BO TO ZŁE DRZEWA BYŁY! Nie widzę innej możliwości. Może miały uczulenie i zbytnio czochrały się po koronach, całymi dniami, i jabłka nie mogły urosnąć?
Enyłej.
Ze zdziwieniem zwierzę odkryło, że pajęczyny zamarzły.
Czarownica usiłowała zrobić zdjęcie, ale poranne ostrości przy zamarzniętych łapach są ostrościami wybiórczymi. Zresztą, pies drapał pajęczyny - jakie ładne krzaki jeżyn w tle, prawda?


Poczuliśmy w pewnym momencie mrowienie.

Coś się pokazało, w oddali.


Rozpoczął się monolog.

Popatrzyliśmy ze zwierzem na siebie - idziemy do domu, nie będziemy z wariatem rozmawiać.

Człowiek to nie może w spokoju włości swoich z rana obejść, bo mu obce, naburmuszone potwory o Bardzo Wielkim Cieniu krzyczą "Nikt nie przejdzie!"
Trudno. Bądź jak wiatr, przeszkody omijaj najkrótszą drogą. Jeśli się nie da, ustąp.
Idziemy na kawę!
A przy okazji - dalej nie wiecie, dlaczego impresjoniści malowali cień na niebiesko?

Miłego dnia, każdego.
I uważajcie na smoki.