wtorek, 2 listopada 2010

co gryzie Doro... wczesnym rankiem



Bardzo lubię rysować, choć nie powinnam ;))) Czasem będę wrzucać. Chcecie? Czy jesteście na tyle wytrzymali?

Nie martwcie się, śmietnik już został zabudowany i uszczelniony tak, że piszczel z kurczaka nie zrani żadnej żyrafy.

Należy kliknąć, aby powiększyć.

niedziela, 31 października 2010

gdy dynia piżmowa zawróci nam w głowach




Zwykły bulion warzywny z przetartą dynią. 20 minut gotowania a ile radości ;)
Zróbcie, polecam i smacznego!

kanapka z okładką i nocny maraton oraz kurcze blade

Dzień dobry.
Piękna niedziela!
Mężczyźni wygonieni na cmentarz a ja piekę i gotuję skacząc czasem na prawej nodze w nadziei, że Eskulap będzie mi łaskawy i odetka mi prawe ucho. Niestety ni hu hu.

Dwie rzeczy. Nie, trzy rzeczy.
Szlaban internetowy (tylko raz dziennie) i dieta oczyszczająca.
Po trzecie kurcze (ę) dla mięsożernej części rodu - udka na cytrynowo-pomarańczowo, pieczone na talarkach z ziemniaków, dyni i czosnku z ziołami i własnosadowymi orzechami. Z lenistwa, bo jak się kurcze piecze to człowiek może siedzieć, nie tak jak przy wszystkich innych, egzaltowanych, stojących daniach łikendowych.

Zostałam dziś obudzona kanapką z okładką (czyly sandwiczem) ze serem żółtym, krojonym siekierą i całymi liśćmi bazylii. Ten niezwykle wzruszający ewent został mi wepchnięty na poduszkę i po kategorycznym "ZJEDZ ŚNIADANKO, SAM CI ZROBIŁEM" i tu wymowna pauza, oznaczająca oczekiwanie syna na efekt - zjadłam z zamkniętymi oczami, na leżąco.

Dzięki Ci Zazie za płyty, reaguję z wielkim opóźnieniem, ale Gilliam wymaga spokoju i nastroju. Ależ pięknie było tak siedzieć w kocu z terkoczącym miarowo kotem i jeść orzechy, jak skończę Gilliamia zabieram się za Robercikowe Archiwa ;) (również ukłony!)

Strach się bać!
Życzę Wam zdrowia, ciepłych ubrań i nieplamiących zniczy.

sobota, 30 października 2010

kocia siesta



Niepublikowane zdjęcie z sesji karmy Kitiketa, praca nad sloganem :
ŻEBY MIEĆ BLISKO DO CZOCHRANIA

Przerwa na odpoczynek pomiędzy zdjęciami pozowanymi.
Kot jest wyczerpany zabiegami fryzjerskimi i stylizacją.
Hostessy donoszą napoje izotoniczne.

piątek, 29 października 2010

tęcza tęczy nie poręczy



Gdy nie ma na czym się rozpostrzeć, lepszy rydz, niż nic.

trudne czasy wymagają trudnych działań






Być OBCYM na nieswoim, wysokim drzewie. Zgroza, nie?


Temacik do medytacji, na dziś.
Sierściuchowy portret, bo światło było ładne.



Umówiłam się z psem, że mi go upoluje na mufinkę. Tfu, NA MUFKĘ!

czwartek, 28 października 2010

przepraszam, miałam sen...








... piękny!

Śniło mi się ciepłe morze i pyszne jedzenie.
Muszę powspominać, choć to boli wszystkimi zmysłami - fizycznie szczypie mnie skóra, ręce, oczy od żaru, zapachu przypraw, od soli morskiej i ostrych kamyczków z plaży.

Wszystkiemu winien jest aweturyn w pierścieniu. Ma kolor morskich głębin.
Helladzka tęsknica mnie dopadła, jakem Odys. Tfu, Penelopa!

środa, 27 października 2010

przyroda w srebrze zaklęta




Koral naturalny, srebro. Nie, nie moje, taka zdolna nie jestem, choć bardzo bym chciała ujarzmić prawdziwe jubilerstwo.

Mam dwie dynie!!!
Jutro rozpocznie się kulinarne szaleństwo. Drżyj rodzino!

A moja Mama została dziś w Krakowie odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i bardzo się cieszę ;)

wtorek, 26 października 2010

tajemniczy ogród



Nie całkiem daleko i nie tak blisko, w połowie do TAM, jest pusta działka.
Teren to omszały, stary i tajemniczy; ogromne paprocie strzegą dostępu do orzechów, malin i niezapominajek. Zdziwione myszy patrzą na nas zaskoczone i porzucają jak myśl niezbyt natrętną, wracając do swoich łupów.
Sąsiad zaniechał corocznych przyjazdów i dzięki temu odbywa się na zapomnianej działce kanonada chrupań. Mysz za myszą. Jeden chrobot.



Jest też dziwne ogrodzenie o wszelkich zachowanych normatywach, tylko jakoś przyroda ciągle sama robi się w konia. W metalowych słupkach zakładają gniazda sikorki. Składają jaja, karmią pisklęta... po czym okazuje się, że metalowe śruby od naciągów skutecznie uniemożliwiają młodym ptakom wyjście z tego specyficznego domku grozy. Rok za rokiem rury są płytsze, bo bogatsze o nowe truchełka sikorek.
Oczywiście; ja, ja nie dam rady? Poszłam raz po kombinerki, młotek i inną galanterię, śrubę zębami niemal wykręciłam, nie wiem co dalej, nie pytajcie. Syczały na mnie jak młode kobry i nic. Siedziały dalej.

Z roku na rok coraz bardziej śmierdzi z rurek.

A może raczej gdy nadejdzie wiosna uwolnię orkę a nie sikorkę, to będzie bardziej widowiskowe i satysfakcjonujące.

Zawsze podobał mi się eudajmonizm etyczny w wydaniu gminnym.

plus dwa i mży






A ja mam jeszcze kilka słonecznych kadrów, wciąż miałkich treściowo. Ale co tam. Blog to blog. Sierściuch pracowniany. Natura kwiatowa - zdecydowanie zbyt martwa.
Czekam na kolczyki, które przyjdą wraz z listonoszką ;)

O północy zabrałam się za gotowanie zupy z zielonym groszkiem i natką, kupiłam książkę na allegro o szkle starożytnym i straciłam wenę do spania.

Wracam do normy, co nie znaczy, że ucho mniej boli.

poniedziałek, 25 października 2010

perła patelni




Dziś miałam nie wychylać nosa z książek. Nie udało się, bo to, tamto i owo; a tu dziecku czapkę kupić, bo wieje, myszy piszczą z głodu siedząc przy lodówce a z niewiadomych przyczyn wyłączono prąd już rano, więc o gorącej herbacie z sokiem malinowym bolące gardło może tylko konfabulować. Zaopatrzyłam się w gotowe naleśniki z serem.
Od rudego wiejskiego chłopa na targu wydarłam 7 główek polskiego, piekącego czosnku i pióropusz pietruszki. Chłop był prawdziwy, ogorzały wiatrem; zazwyczaj spokojnie siedzi na stołeczku i łuska wielkimi łapskami groch, wrzucając go do wora. Dziś bajał z babą od wianków i chryzantem. Uwielbiam targ!
Z bukietem czosnków i pietruszki wróciłam do domu, zdradzając Lidla na rzecz promocji w Bjedronce. O tempora, o mores!

Nie ma już pierwszej główki i połowy natki, jest błoga satysfakcja...

to tylko woda, w niebie



Widok ze strychu.
Tak, proszę Państwa. Zaczęło wiać.
Podoba mi się potrójny "blessing" od słońca (w zależności od Waszego monitora)

niedziela, 24 października 2010

drzewo, z korzeniami w niebie



tak mam od piątku





Mam mnóstwo mikrobów w uszach i gardle, zjadam główkę czosnku i cebuli podczas jednego posiedzenia, niestety nadal mi smakuje i tym razem mam cudowny pretekst.
Dostałam od Studentki (dziękuję!) cudne kolorowe cukierki zdrowotne, chroniące przed złem i chorobami, a te o kolorze miodowym są od infekcji dróg oddechowych.Mają fikuśne kształty i mam po nich niesamowite sny. Na przykład, że pani Joanna z sekretariatu po zjedzeniu żelka zamieniła się w zielonego, przezroczystego glona (?)
Nadal mnie nikt nie poznaje w okularach.
Mam tyle pracy, że ręce opadają! Dobrze. Wolę mieć niż nie mieć. Miedź.
Co się dziwisz, Dziwisz?




P.S. później będą nudne zdjęcia zachodów słońca, ale nie odchodźcie od telewizora.

gdy zamykam oczy widzę...
















... no niestety, korby ciąg dalszy!
Ale walczę z tym, przysięgam!

Niekupięniekupięniekupię !

źródło- Pakamera i strona Emilii

czwartek, 21 października 2010

smoczysko

Pewnego ranka, całkiem nie-dawno temu, o porze zbyt okrutnej, by być czujnym, i zbyt fałszywej, aby ufać oczom; kiedy lenistwo i senność oraz błędy w trybie oświetlenia chciałoby się tłumaczyć "efektem artystycznym"...



... Czarownica postanowiła odziać się w szykowne dresy i ponczo po to, aby zmusić zwierzę do spaceru.
Zwierzę było czujne - zasygnalizowało niebezpieczeństwo. Po pierwsze krzyk sroki złowrogi.
Ogon w dół.
Po drugie dziwny szelest szronu.
Wytrzeszcz labradorzych oczu.
Po trzecie zimna ziemia, trawa i powietrze.






Spotkaliśmy dziwne patykowate struktury, które dogorywały w sadzie sąsiada. Z pewnością zostały pozbawione rąk, BO TO ZŁE DRZEWA BYŁY! Nie widzę innej możliwości. Może miały uczulenie i zbytnio czochrały się po koronach, całymi dniami, i jabłka nie mogły urosnąć?
Enyłej.

Ze zdziwieniem zwierzę odkryło, że pajęczyny zamarzły.
Czarownica usiłowała zrobić zdjęcie, ale poranne ostrości przy zamarzniętych łapach są ostrościami wybiórczymi. Zresztą, pies drapał pajęczyny - jakie ładne krzaki jeżyn w tle, prawda?





Poczuliśmy w pewnym momencie mrowienie.



Coś się pokazało, w oddali.





Rozpoczął się monolog.




Popatrzyliśmy ze zwierzem na siebie - idziemy do domu, nie będziemy z wariatem rozmawiać.




Człowiek to nie może w spokoju włości swoich z rana obejść, bo mu obce, naburmuszone potwory o Bardzo Wielkim Cieniu krzyczą "Nikt nie przejdzie!"

Trudno. Bądź jak wiatr, przeszkody omijaj najkrótszą drogą. Jeśli się nie da, ustąp.
Idziemy na kawę!

A przy okazji - dalej nie wiecie, dlaczego impresjoniści malowali cień na niebiesko?





Miłego dnia, każdego.
I uważajcie na smoki.

środa, 20 października 2010

zakochałam się

... w blogu tej Pani!


Po pierwsze mnóstwo przepisów dyniowych, bez których życie nie ma sensu.
Po drugie primo ta mądra kobieta świadomie dobiera składniki; gotuje z polotem, zdrowo, pięknie, nie wydziwia i odkrywa zapomniane smaki polskiej kuchni babć. Podaje dużo cennych przepisów dla małych dzieci tłumacząc co i dlaczego. Znajdziecie tam też smakowe wycieczki orientalne.
Serdecznie polecam zwiedzić od dechy do dechy.
I gotować!