
Przyjechałam do pracy.
Praca na szczęście nadal była. Były też wypoczęte twarze, nowe fryzury i makijaże studentek.
Enyłej.
Zostałam zakwaterowana w wieży. Dokładnie w baszcie. Jak księżniczka. Baszta ma poziom zero, równy z drugim piętrem i kręcone schody na poziom pierwszy czyli po blokerskiemu mówiąc piętro trzecie.
Baszta ma wszędzie okna, wychodzące na drugą basztę i ciemny park.
Baszta ma zewsząd ścianę i ani jednego kąta. Wszystko krągłe.
A najstraszniejsze jest to, że baszta nie ma ogrzewania.
Wcale się nie boję zimna, bo ubrałam na siebie wszystko, co miałam na dwa dni do ubrania.
Mam internet! Książki! Kawę! Mam pysznego kulebiaka cioci. Tylko ten cholerny zimny widelec wypada mi z ręki... Jutro idę do pani Agatki od przydziału pokoików socjalnych. Przecież tam, we wschodnim skrzydle musi być jakaś cywilizacja!
A złamało mnie to, że po wypiciu kawy, herbaty i kubka wrzątku zajrzałam do czajnika.
Jestem po trzech naparach z macerowanej muchy.
źrodło zdjęcia:http://zazie-dans-le-metro.blog.pl/archiwum/?rok=2009&miesiac=5
autor zdjęcia:zazie