czwartek, 8 sierpnia 2013

upalne lwy


Jest lato, jest moc. Obcięłam przed chwilą spodnie nożyczkami kosmetycznymi aż do krótkości. Ciągnę koktajl awokadowy. Zagryzam czekoladą. Sortuję zdjęcia i oto zaraz kilka z nich ukażę.

Odbyliśmy z rodzicami i kuzynem Wojtkiem podróż w czasie i przestrzeni. Czuję się jakbym weszła w świat Podróży Smokiem Diplodokiem. Baranowski szeregiem komiksów objawił mi kiedyś myślenie abstrakcyjne i nieliniowe. Z punktu A do B należy jechać prosto przez L.
Pojechaliśmy więc przez Lwów.
Kuzyn z dawna niewidziany, związany z zupełnie inną przeszłością geograficzną, usiłujący zrekonstruować teraźniejszość wkroczył bez żadnego ostrzeżenia w wir splecionych rodzinnych działań pozatemporalnych. Aparat mrugał kontrolką, pokrowiec roztopił się z upału a my gnaliśmy przez historię.
Miasto oglądane w asyście duchowej pana Kazia - przewodnika miejscowego jawiło nam się jak zestaw slajdów. Snuliśmy się po zacienionych uliczkach i kościołach różnych wyznań, podwórkach, pachnących południem restauracjach. Ludzie tańczyli i śpiewali, celebrując spotkania. Kamienne lwy zerkały z narożnych kamienic i szyldów. W uliczce ze sklepem z manufakturą czekolady tłum rozstępował się przed szczęśliwie pląsającym psem marki kundel, biegającym - jak wszystkie psy we Lwowie - samopas i z wielką energią.
Wysłuchaliśmy ormiańskiego śpiewu kantora o wielkich oczach, kazał nam patrzeć na ołtarz, nie na siebie. Teraz to już amen w pacierzu, jestem Ormianką i koniec. Czotki zakupione,  miniaturowe chaczkary też, odtąd zmęczenie od nas odchodzi i doznajemy nowego napływu sił. Pędzimy na nocne zwiedzanie miasta.

Hotel wita nas czekoladkami na poduszce i bardzo długim bojem, który otwiera nam wszystkie masywne drzwi, czekając wymownie na gratyfikację. Czytamy w przewodniku, że spał w tym budynku nawet sam marszałek Piłsudski. Ja czuję nastrój allenowski i rozglądam się za scenerią kryminału retro. Winda skrzypi i wszystko przypomina mi wędrówkę wehikułem czasu. Jemy najlepsze w życiu śniadanie w wielkiej sali balowej z przeszklonym dachem.
 Przemieszczamy się do Chodorowa, Zagóreczka i Bóbrki.
Poza znalezieniem całkiem konkretnych śladów życia naszych dziadków i pradziadków, resztek domu, całego budynku rodzinnej cukierni, kąpieliska z czarno-białych zdjęć i uliczek, rejestrujemy również całe stada pasących się koni, kóz, gęsi i niekończących się stepów pożniwnych. Całość ogląda się z prędkości "per pedes", czyli istoty dwunożnej ze względu na dziury w drodze krajowej wielkości średniej leżącej kozy.
Moja Mama jako przewodnik, z kserówkami zdjęć budynków, segregatorem notatek, ani na moment nie przestała opowiadać. Wiemy już nawet, którędy szli dziadkowie do pracy i na obiad. Gdzie ćwiczyła gimnastykę Babcia. Gdzie porwał ją wielki wir rzeczny, kiedy otworzyli śluzę. Wiedziała, że nie wolno wpaść w panikę, tylko poddać się i odbić później od dna w bok. Dzięki temu się nie utopiła. Milion historii, krewnych, przyjaźni i merdających psów. Wszystko widzieliśmy, choć już minęło 100 lat.

Panie w eleganckich, niedzielnych, neonowych sukniach paradują na obcasach wzdłuż żaru pól. Panowie zdążyli już szybko zrzucić kościelne lakierki i grają mecz piłki nożnej na pobliskim trawiastym boisku. Dziewczynki idą grzecznie pod ręce obok stadek gęsi. Do tej pory żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. Wtedy chyba po raz kolejny zwątpiłam w sens uchwycenia choćby części tego widowiska.

Wpadamy jak rozpędzona, roześmiana i upocona banda do Oli w Chodorowie, dom wita nas przyjemnych chłodem, barszczem, kompotem z własnego ogrodu, gołąbkami z młodych ziemniaków. Z głębi domu biegnie do nas z całą swoją dwudziestokilogramową miłością Żorka, czarny jamnik. Zza domu spiesznie przybywa Miciek Wątroba, kot o minie hazardzisty. Później dostrzegam, jak wielkie honory dla nas uczynił - zostawił na trawniku mysz, żeby się przywitać. Odtąd nie schodzą nam z kolan nawet w czasie obiadu. Odprowadzają do bramki razem z Olą, pakującą nam rukolę i pomidory z własnego udoju. Witamy się i żegnamy z sąsiadką, odjazd i do granicy.

Zaraz będą zdjęcia.

Uwaga, jedziemy.
Nieostre, bo trzęsło ;)








Ormianie Lwowscy.













Wyjeżdżamy ze Lwowa kierując się w stronę Chodorowa. Nim to jednak nastąpi....




Wojtek fotografuje wojownika z Bóbrki. W herbie rozmodlony bóbr założyciel.



Widok z cmentarza w Bóbrce. W drodze do Chodorowa.





Cmentarz troszkę zarósł.


Tematyczne gumiaczki przeciwżmijowe w kwiaty. Posąg stracił głowę w tym gąszczu.





Wysoko ponad naszymi głowami. Przedzieramy się dalej, do samochodu.









Dawna cukiernia Dziadka. Chodorów.



Cmentarz w Zagóreczku. Mama namawia Wojtka, aby pod prasłowiańskim dębem zapalił znicz dla przodków.




 Tato śpi czekając na resztę rodziny. Dom Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, obecnie chyba poczta ukraińska.

Miciek Wątroba i Żorka.





Doprawdy, szalona wycieczka.....

3 komentarze:

słowa malowane pisze...

Poryczałam się.
Ale że gołąbkami z młodych ziemniaków?

Aneta pisze...

Mocne historie...

A tymczasem oko jamnika is the best!

Portier pisze...

Oko jamnika rządzi :))